Co chcecie robić?
No więc nareszcie - praktyki! W tym roku uczelnia zgotowała nam mnóstwo biurokracji, której przejście wymagało anielskiej cierpliwości i nie lada wysiłku, a i tak spełzło na niczym przez... znajomości. Tak drodzy państwo, tutaj kończy się moc naszych pięknych oczu a zaczyna liczyć nazwisko, a że ani ja ani koleżanka O. (z którą robię praktyki) odpowiedniego nazwiska nie posiadamy, to zostałyśmy bezczelnie wyrolowane z naszych wychodzonych, wyproszonych i długo wyczekiwanych praktyk na SORze w Gdańsku, które już przecież miałyśmy załatwione. Życie. Jak to powiedziała dr D.: "przyzwyczajajcie się dziewczyny, bo tak to w tym zawodzie wygląda, jak nie macie nazwiska, to nastawcie się na ciężką robotę". No to się nastawiamy. Teraz raz wpuszczone na SOR nie dajemy się łatwo wykurzyć i bierzemy co możemy - pełnymi garściami. Bo w końcu jesteśmy na praktykach... w Gdyni.
Dialog na przywitanie:
- To wy jesteście studentkami na praktyki?
- To my.
- I co, chcecie się uczyć czy iść do domu?
- No, uczyć.
- Bo ja właśnie kończę dyżur, ale jutro będę od 15, więc jak chcecie to przyjdźcie, a jak nie, to możecie się nie pojawiać.
- Ekhm, ok... ale przyjdziemy.
I tak codziennie wygląda praktyka. Wchodzimy do sali przyjęć, podchodzimy do dyżurującego lekarza z błagalnym i przymilnym głosikiem pytając: "dzień dobry, jesteśmy studentkami i mamy tu praktyki, czy możemy z panem zostać?". Nie odmawiają, ale na twarzy widać, że walczą z jakimś bólem egzystencjalnym. Dr G. na dzień dobry powiedział: "o, to miło, chcecie się uczyć to nauczycie się topografii szpitala, tu macie skierowanie, zanieście je ładnie na RTG". W milczeniu odwracamy się na pięcie i cierpliwie spełniamy jego polecenie nie chcąc zacząć kiepsko znajomości. W tej konkretnej chwili postanawiam, że facet mnie czegoś nauczy - chce czy nie. Łażę za nim krok w krok. Chciał żebym zaniosła skierowanie do RTG? To teraz posłucham co o tym RTG mówi. Wchodzi do pokoju zamykając drzwi żeby się skonsultować z dr D.? To ja wchodzę za nim zadając retoryczne pytanie: czy my też możemy posłuchać? Tak łatwo się nie uwolni. Przez następne trzy godziny jakby pod ziemię się zapadł. Aż tak się przestraszył studentek? Nieważne, niech się pan doktor ukrywa i tak nie ma nic neurologicznego na oddziale. Ściślej mówiąc przez te trzy bite godziny prawie w ogóle nic nie było na oddziale. Byłyśmy zrezygnowane - olewane, wykorzystywane przez pielęgniarki do odbierania wyników lub zanoszenia badań i znudzone brakiem możliwości nauki. Byłam wściekła, ale czekałam.
Minęły już 4 godziny kiedy zadzwonił telefon. Dwie czerwone linie. Czerwona linia to sala, na którą trafiają najcięższe przypadki. Jest tam defibrylator, monitor EKG, sprzęt do intubacji i szafa pełna leków idących w pierwszym rzucie w stanach zagrażających życiu i wiele innych. Tak więc dwie czerwone linie - obrzęk płuc i motocyklista. Czułam się jak w filmach. W ciągu minuty wszyscy z rękawiczkami na rękach staliśmy oczekując pacjentów. Lekarze, ratownicy, pielęgniarki i my. Pierwszy przyjechał pan z obrzękiem płuc. Spocony, siny, tachykardia 140, arytmia, oddech płytki, duszności i niskie ciśnienie. Praca na SORze jest jak dobrze naoliwiona maszyna. Działa jeśli wszystkie części są na właściwym miejscu. Tutaj każdy wie co ma robić. Nie zdążyłam ogarnąć wszystkiego wzrokiem, a pacjent już był podłączony do monitora, w kroplówce leciała mu sól fizjologiczna a oddech ułatwiała maseczka z tlenem. W międzyczasie na drugą salę wjechał motocyklista. Chłopak pewnie w moim wieku. Stan stabilny. Podejrzenie złamania przedramienia, oddech lekko przyspieszony, ciśnienie w normie, w kroplówce lecą elektrolity. Miał podarte spodnie, liczne obtarcia na nogach i trochę na rękach, ale był przytomny, kontaktował i odpowiadał logicznie na pytania chociaż nie pamiętał całego zdarzenia. Wróciłyśmy więc do pacjenta z obrzękiem płuc, bo w tej sali robiło sie głośniej. Dr D. wyjaśniła nam dlaczego wezwano kardiologa do konsultacji. Tachykardia w połączeniu z niskim ciśnieniem uniemożliwiała tradycyjny sposób leczenia. Żeby pozbyć się arytmii, która mogła pośrednio przyczyniać się do przyspieszenia rytmu serca, kardiolog zdecydowała się na kardiowersję, czyli użycie defibrylatora. Podczas gdy ona tłumaczyła nam co będzie robić, wezwany anestezjolog już zajmował się usypianiem i intubowaniem pacjenta. I rzeczywiście, ta część wyglądała zupełnie jak na filmach - my odsuwamy się od łóżka, łyżki ładują się do 200 J, pada strzał, a pacjent po porażeniu prądem podskakuje w silnym skurczu wszystkich mięśni. Nie zadziałało. Jeszcze jedna próba. Strzał. Teraz trochę lepiej. Ten pacjent już nie należy do SORu. Po jako takim ustabilizowaniu pojechał na górę, na kardiologię.
Korzystając z wolnej chwili wypytujemy dr D. o wszystkie niezrozumiałe dla nas szczegóły. W tym czasie motocyklista jest już zupełnie stabilny. Ortopeda zdążył nałożyć mu gips i czekał na konsultację neurologa. Neurologiem okazał się być nasz zaginiony dr G. który patrząc w naszym kierunku z końca korytarza kiwnął na nas palcem. Powolnym krokiem ruszyłyśmy do jego gabinetu raczej niepewnie oczekując co znowu wymyślił. Tymczasem nie wiedzieć czemu, dr G. zupełnie niespodziewanie postanowił nas czegoś nauczyć. Z triumfalnym i spokojnym spojrzeniem słuchałyśmy jak tłumaczył nam po kolei badanie neurologiczne. Widać tak trzeba naciskać, a w końcu dostanie się to czego się szuka.
[30.06.10] Mów do mnie jeszcze (1)
Wątpliwości
Tak więc sesja. W ciągu tych wszystkich długich miesięcy moich studiów nie ma lepszego momentu, żeby poczuć się takim malutkim. Dni i noce spędzone nad nazwami związków, wzorami, reakcjami, wieloskładnikowymi schematami cykli enzymatycznych i skutkami ich zaburzeń wprawiają mnie w podły nastrój. Nie umiem powiedzieć, która to już kawa i dlaczego i tak nie pomaga. Nieustannie przytłacza mnie świadomość, że tego po prostu nie da się nauczyć, że wszystko zależy od odpowiedniego doboru pytań, od czystego szczęścia, od tajemnej intuicji.
Pamiętam, na pierwszym wykładzie z anatomii prof. N. powitał nas słowami: "wy jesteście elitą młodzieży". Wtedy, choć prof. N. uwielbiałam, poczułam wielki niesmak i wielkie zwątpienie. Ja elitą? Jaką elitą? Czy pan mówi do mnie? To że tu siedzę, że się boję, że jeszcze nic nie wiem i długo wiedzieć nie będę, to mnie czyni kimkowiek? Odpuśćcie sobie, długo jeszcze was nie dogonię. Teraz tu będąc wiem to już doskonale, że jestem taka tyci i mam ogrom słabości. Właśnie w tej chwili, pijąc kolejną kawę myślę o tym, czy na pewno podołam.
[27.05.10] Mów do mnie jeszcze (0)
2 szklanki mąki
Trzymałam dzisiaj w rękach sztuczne zastawki i zastawki pobierane od świń i sztuczne serce wprowadzone do polskiego lecznicwa przez Religę i czuję się fajna. O miejsce na fakultecie z kardiochirurgii rok w rok walczy większość pierwszo i drugoroczniaków, bo studentów jest 600 a miejsc 12. Naprawdę miałam fuksa. I jak ja się cieszę!
Wiedzieliście, że sztuczne serce tak naprawdę nie jest wszczepiane na miejsce prawdziwego serca, ale leży sobie na powierzchni brzucha? Jest przezroczyste – tak żeby krew przez nie pompowana była cały czas widoczna i żeby w razie pojawienia się skrzeplin móc je szybko wymienić. Szybko – to znaczy zacisnąć kaniule (przewody) żylne i tętnicze i podmienić nowe. Ot, parę sekund - błachostka. A tak wygląda: [link]
Sztuczne serce jest tylko tymczasowym rozwiązaniem, podobno producent daje gwarancję na 3 miesiące działania, potem wymiana albo przeszczep, bo tak naprawdę o to tu chodzi – o podarowanie czasu potrzebnego na oczekiwanie na przeszczep. W bibliotece przy bloku operacyjnym kardiochirurgii jest taki różowy plakat, a na nim napis „200 dni” i zdjęcie pacjenta trzymającego tort urodzinowy z zapalonymi świeczkami – to rekord długości życia ze sztucznym sercem w woj. pomorskim. Potem pacjent ten otrzymał przeszczep, a wraz z nim przedłużone życie. Ale właściwie dlaczego tylko 200 dni, zapytacie? Przeciętny rytm bicia serca to 70 uderzeń na minutę, w ciągu których przez mięsień ważący tyle co dwie szklanki mąki przepompowywane jest 5 litrów krwi. Odkurzacza używacie raz na tydzień przez 0,5h, a gwarancja na jego działanie obejmuje tylko dwa lata. Spróbujcie włączyć odkurzacz na 8760 godzin nieustannej pracy przez cały rok i zapytajcie producenta czemu nie da wam gwarancji na 20 lat. Jest jeszcze jedna opcja. W USA wyprodukowano sztuczne serce, z którym jakiś szczęśliwiec żyje już 5 lat. Badania ciągle trwają, ale nasz NFZ długo nie będzie zainteresowany. Wymiana prawej i lewej komory kosztuje około 200 euro.
Kardiochirurdzy sami o sobie mówią: „darujemy życie, ale poza tym zamieniamy jedną chorobę na drugą”. Nieprawidłowości w pracy zastawek zamieniają na hemofilię, a za nowe serce zabierają odporność na infekcje. W istocie większość pacjentów po przeszczepach serca umiera nie „na serce”, ale (upraszczając) na grypę. Czemu? Bo wszczepiamy im czyjeś serce, z innego organizmu, z innym układem antygenów, złożone z obcych komórek, z którym nasz organizm będzie walczył i odrzuci je, jeśli nie obniżymy naszej odporności na zawsze. A to powoduje, że byle wirus może nas zabić. Z kolei pacjenci z nowymi zastawkami nagle mają w sercu ciało obce, które nigdy nie będzie tak idealnie gładkie jak ludzkie tkanki. Mikro-rowki i chropowate powierzchnie powodują że krew na nich osiada i krzepnie, a co się stanie kiedy w sercu pojawi się skrzep? Przy mocniejszym kaszlnięciu lub szybszym biegu skrzep ten może się oderwać i powędrować do mózgu powodując udar i trwały paraliż. Musimy więc dać im leki które obniżając krzepliwość krwi spowodują, że problemem staje się krwawienie przy wyrwaniu zęba albo krwotok z nosa trudne do zatamowania, a przez to niebezpieczne dla życia. Na oddziale kardiochirurgicznym widzimy więc cuda, ale potem szare życie.
Mogłabym tak godzinami. O tym, że tak naprawdę bardzo rzadko stosuje się popularną w serialach adrenalinę; że kora mózgowa umiera po 4 minutach od niedokrwienia, a tętnice wieńcowe unaczyniające serce można zamknąć na 0,5-1h i nie spowodować żadnych szkód; że młody człowiek nie ma szans na przeżycie zawału, a starszy tak; o tym że można CAŁKOWICIE zablokować przepływ krwi przez mózg nawet przez godzinę jeśli się go schłodzi do temperatury 18 stopni i nie spowodować żadnych problemów z pamięcią, czuciem dotyku, ruchem, psychiką (a zwykle trwałe zmiany występują po 4 minutach!); o tym że lepiej przeciąć człowieka pośrodkowo przez mostek niż między żebrami nie uszkadzjąc żadnych kości; o tym jak wygląda szew kapciuchowy i jak szybko wiązać supełki. Mogłabym, ale po co, to trzeba zobaczyć. A ja najpewniej zobaczę. Już na dniach. Wpuszczą nas na salę operacyjną. I zobaczę żywe, bijące ludzkie serce, a potem jego zatrzymanie i na koniec wznowienie jego pracy. I to będzie piękny dzień.
[08.04.10] Mów do mnie jeszcze (2)
Diureza
No dobra, przyznaję - rzeczywiście chwilę nie pisałam, ale pierwszy semestr mnie przygniótł ilością zajęć i brakiem wolnego czasu. Ćwiczenia z biochemii nie są warte opisu, podobnie jak liczenie krwinek pod mikroskopem na fizjologii albo badanie objętości płuc. Po drodze organizowałam ten fantastyczny wykład o AH1N1 (na który przyszło mnóstwo ludzi w piątek wieczorem!), na SOR nie miałam czasu chodzić i tak się jakoś rozpłynęła idea blogowa, ale wróci, wróci. Już dzisiaj :)
Nerka nie wiedzieć czemu jest dla mnie w jakis sposób fascynująca, dlatego nie darowałabym sobie, gdybym nie opisała ćwiczeń z fizjo na których los dał nam szansę poznać siebie i dwie grupy z którymi mam zajęcia przez perspektywę... moczu. No w końcu znamy się nie od dziś :) Już na poprzednich ćwiczeniach wyznaczono trzy osoby na „próbę zagęszczenia” (moczu). „Proszę was żebyście nie pili żadnych napojów od 18:00 w czwartek aż do naszych porannych zajęć w piątek. Tu macie dwa pojemniczki na mocz – jeden wypełnicie w domu z pierwszą poranną potrzebą, a drugi na zajęciach” – powiedziała asystentka i wyznaczyła do tego zadania między innymi naszą O., która westchnęła ciężko, ale zapewniła że weźmie to na klatę. Sz. podjarał się kiedy asystentka dodała, że PRAWDZIWA „próba zagęszczenia”, to wtedy kiedy nie pije się 24h a nie 12, „ale tego nie możemy od państwa wymagać, bo musielibyście nie pić też na zajęciach cały poprzedni dzień”. Na co Sz. zareagował z ekscytacją: „co?! ja nie wytrzymam 24h? ja?!” Po czym zabrał to zadanie którejś z wyznaczonych osób i zagotował się do walki.
W piątek stawiliśmy się na zajęcia. Sz. i O. postawili na ławkach swoje pojemniki z moczem. No rzeczywiście głęboka żółć, nie da się zaprzeczyć. Sz. z wytęsknieniem spoglądał na butelki wody postawione na biurku asystentki. Ale nie mógł pić dopóki nie wysikał jeszcze jednego słoiczka na zajęciach, a tu nici, sikać się nie chce. Nie mogłam się z niego zbyt intensywnie nabijać, bo za chwilę miałam dowiedzieć się co mi się dostanie na zajęciach, a to mogło być o wiele gorsze niż niepicie. Cel był taki: sprawdzamy jak będą wyglądać nasze siuśki (ile ich będzie i jaki będą miały ciężar włąściwy) pod wpływem różnych substancji/leków. Asystentka właśnie wypełniała karteczki na losy, spojrzałam na listę potencjalnych zadań:
- wypicie litra wody destylowanej,
- wypicie litra soli fizjologicznej 0,9%,
- wypicie 100 ml soli fizjologicznej 5% (słone jak diabli),
- wypalenie dwóch papierosów,
- wypicie 30 ml spirytusu zmiesznego z 70 ml wody,
- furosemid (lek moczopędny) i nic do picia
- furosemid + litr wody do wypicia
Jeszcze rano w trawaju na uczelnię mówiłam do P.: „Zobaczysz, zobaczysz, dostanę furosemid, nie ma bata, wszyscy wiedzą że i tak sikam jak najęta, to szczęście musi mnie spotkać”. No i wywołałam wilka z lasu. Furosemid + litr wody. Śliczna różowa karteczka, którą wylosowałam spośród trzydziestu paru wyłączyła mnie z normalnego życia na kilka następnych godzin :) Kiedy więc losy zostały już rozdzielone dostaliśmy polecenie zmierzyć objętość i ciężar właściwy swojego siku w godzinie zero, czyli zanim weźmiemy co wziąć musimy. I tak wszyscy gęsiego powędrowali ze słoiczkami do toalety a potem przelewali swoje siuśki do cylindrów i mierzyli, mierzyli, mierzyli. Ci co skończyli zabrali się za swoje zadania. Wlewając w siebie kolejny kubek wody, obserwowałam ławkę przede mną, w której K. krzywiąc się niemożebnie nalewała sobie z woreczka z kroplówką kolejną szklankę soli fizjologicznej po czym wypijała ją przerywając na głębokie oddechy i powstrzymując się od wymiotów. Pomyślałam: „no, ostatecznie nie mam tak źle”. Za mną dziewczyny piły drinka ze spirytusem, wodą i sokiem malinowym, a przy oknie niepaląca para jarała właśnie swoje pierwsze w życiu papierosy a cały dym zamiast wylatywać na dwór, wypełniał naszą salę. Na stoliku przy ścianie inni przelwali już mocz który zdążyli wyprodukować, i tak klepiąc się wzajemnie po ramieniu dopingowaliśmy się do picia. Teraz co pół godziny mamy przynosić do sali słoiczki. Mój pierwszy to tylko 60 ml. Zmierzyłam ciężar właściwy - 1,015 g/dm3 czyli tradycyjnie, w normie. Z zadowoleniem pomyślałam „hehehe, nie działa, wysikam wodę, i tyle”. Minęło 15 minut i przyszło mi na myśl że mogę się mylić. Przez następne 15 zrobiło się ciężko. Przyniosłam dwie zlewki – razem 290 ml, ciężar właściwy 1,000 g/dm3, czyli taki jak czystej wody. M. który też miał furosemid ledwo wysikał 30 ml i z zawiedzioną miną oznajmił, że w ogóle mu się nie chce. Ja, już siadając w ławce wiedziałam, że to będzie długie pół godziny. Obserwowałam Ł., który podzielając nasz los wylewał właśnie do zlewu jakieś 400 ml. Po 10 minutach szukałam ulgi w rozmowie z O., A. i Sz. którzy śmiejąc się proponowali mi jeszcze kubeczek wody, po 20 rozpięłam pasek od spodni, po 30 wzięłam dużą zlewkę i szybkim krokiem szłam zgięta w pół w kierunku wszechogarniającej ulgi. Na korytarzu spotkałam S. który te ćwiczenia miał już parę dni wcześniej i zerkając na rozmiar mojej zlewki rzucił: „no wyglądasz jakbyś dostała coś fajnego, co masz?”, „furosemiiiid!” – krzyknęłam w biegu, a wtedy z korytarza dobiegł mnie głos asystenta M. „no, no, gratuluję!” i S. który wydał z siebie tylko głośne: „hehehe”. Wróciłam z 390 ml, ciężar ten sam, następna podróz to 360 ml, ciężar trochę wyższy. Następna to zapewne podobna ilość której nie mierzyłam, bo w sali zaczęto omawiać już wyniki z tablicy. Podobno nawet zostałam pochwalona za ładną diurezę, niestety nie słyszałam tego komplementu, byłam wtedy gdzie indziej... Po skończonych zajęciach musiałam zatrzymać się jeszcze raz przed wyjściem z uczelni, i w drodze na tramwaj w innym budynku uczelni i ledwo dotarłam do domu. Słowem można uznać, że eksperyment się udał, czyż nie? I tak się właśnie bawimy na fizjo :)
[28.02.10] Mów do mnie jeszcze (2)
Obalimy mity
Trzy tygodnie temu napisałam do doktora wykładającego na naszej uczelnii z prośbą żeby wygłosił wykład dotyczący świńskiej grypy. Dziwiło mnie czemu na wyższej uczelnii medycznej nie są organizowane żadne akcje dokształcające, w końcu w kółko ktoś nas pyta o to czym jest świńska grypa i jak jest groźna, a my nie umiemy nic odpowiedzieć. Studiujemy to co studiujemy, a wiedzy czerpać tak naprawdę nie ma skąd, bo zbyt dynamiczna żeby było coś o tym w bibliotekach, a media nie są absolutnie wiarygodne. Z kolei wydaje mi się, że kto jak kto, ale my powinniśmy orientować się w tym o czym głośno, umieć wyrobić sobie zdanie oparte na mocnych fundamentach, a nie na przypadkowych informacjach. No i doktor odpisał mi: "Czekam na propozycje terminów wykładu."mNo i tak się zaczęło. Wykład nosi tytuł "Fakty i mity na temat wirusa A/H1N1" i będzie prowadzony przed dwóch panów: dr hab, med. Piotra Trzonkowskiego - kierownika Zakładu Immunologii Klinicznej i dr hab. med. Tomasza Smiatacza - kierownika Kliniki Chorób Zakaźnych (czyli ten do któego pisałam). Ten ostatni kieruje kliniką w której pojawiły się pierwsze śmiertelne przypadki zakażenia A/H1N1 w Polsce. Z praktycznego punktu widzenia on wie naprawdę dużo. To on widział pajentów od momentu przyjęcia do szpitala, poprzez cały przebieg choroby, jej rozwój, reakcję na leczenie aż w końcu zgon z powodu zbyt poważnych powikłań - głównie śródmiąższowego zapalenia płuc. I to on właśnie obiecał, że postara się omówić jakiś przypadek kliniczny, że postara się w wykładzie zaproponowac jak najwięcej informacji praktycznych z punktu widzenia lekarza. Tak czy siak piszę o tym dopiero teraz mimo że siedzę w tym od 3 tygodni, bo roboty było dużo, a ciągle jakieś niepewności czy wyjdzie czy nie wyjdzie, czy dostanę zgodę od kanclerza czy nie dostanę, czy nam nie zajmą sali wykładowej, lub czy ktoś nie będzie szybszy, etc etc. Parę dni temu poszły maile do kilku tysięcy studentów wszystkich kierunków i lat z naszej uczelnii, a także do wszystkich jej pracownikow. Ogłoszenia rozwieszone były od poniedziałku. We wszystkim pomaga mi B., bo sama bym nie wydoliła. Nie macie pojęcia ile to roboty - taka organizacja. No ale już prawie po wszystkim, teraz tylko modlić się żeby prąd nie siadł albo rzutnik czy komputer podczas wykładu się nie popsuł i będzie dobrze. Po wykładzie przewidziany jest też czas na pytania i dyskusję, która zresztą zapowiada się ciekawie bo problem gorący, zdań na ten temat chyba tyle ile lekarzy i już zapowiedziała się nam dr z Katedry i Zakładu Fizjopatologii, że na pewno zabierze zdanie w dyskusji, bo ma coś dodania. Na co ja i B. możemy powiedzieć tylko "mrau" i liczyć na to, że będzie ostro i dynamicznie. Zapraszam więc wszystkich. Piątek, 04.12.09, sala Rydygiera w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym (budynek nr 3, ul. Dębinki 7, Gdańsk). A poza tym trzymajcie kciuki, że ktokolwiek wpadnie.
PS. Na dowód, że nie ściemniam - link do strony głównej GUM na której info o naszym wykładzie :) TUTAJ
[03.12.09] Mów do mnie jeszcze (2)
Chłopiec czy dziewczynka?
Drodzy Państwo, jeśli wydaje Wam się, że dysponujecie jakąś ugruntowaną medyczno-biologiczną wiedzą, ubitą i uklepaną przez nieubłaganą, ciężką łopatę licealnego systemu edukacji, to miejsce pewność, że wiedza ta runie, jak tylko zaczniecie studiować medycynę. Zagadnienia rzekomo oczywiste należą do ulubionych tematów, o jakie pytają asystenci czerpiąc radość i jednocześnie wprawiając się w rodzaj wyuzdanej, sadomasochistycznej depresji, kiedy rocznik za rocznikiem studenci na te same proste pytania, podają te same błędne odpowiedzi. Tak oto postawiono szereg ocen niesatysfakconujących na fizjo, zadając pytanie o przyczynę powstawania zakwasów? Zakwasy? No banał. Oddychanie beztlenowe - przemiana pirogronianu do kwasu mlekowego, pikuś. Otóż nie! Otóż nie. Gdyby w naszych mięśniach kwas mlekowy miał utrzymywać się w znacznie podwyższonej ilości przez kilka dni po wysiłku (a przecież tyle czasu bolą zakwasy), to doszłoby do kwasicy, której skutkiem mogą być porażenie mięśni, zaburzenia oddechowe, zaburzenia świadomości, a nawet zaburzenia rytmu serca. Pamiętajcie więc, moi drodzy, o ile nie macie problemu z utrzymaniem się na własnych nogach i złapaniem oddechu, nie mówcie o kwasie mlekowym. Prawdziwą przyczyną zakwasów (nazwa utarta) są mikrouszkodzenia włókien mięsniowych. Minimalne naderwania, pęknięcia, które powodują bolesność i wymagają nieco czasu na naprawę.
Dziś mamy do obalenia nowy mit - dziedziczenie płci. Utarło się, oj utarło, ze kobieta to chromosomy XX, a mężczyzna to chromosomy XY. W zdecydowanej większości, tak, to prawda, ale w rzeczywistości to nie sama obecność chromosomów powoduje, ze stajemy się mężczyzną lub kobietą, ale konkretnych genów na nich zawartych. I tak okazuje się, że w skutek nieprawego podziału komókowego może dojść do zdublowania lub pozbycia się (delecji) genów kluczowych w determinacji płci. W rezultacie mamy kobietę o genotypie 46,XY lub mężczyznę o genotypie 46,XX. Może się również zdarzyć, że dziecko rozwija swoją płeć prawidłowo do momentu dojrzewania, kiedy to wszystko się obraca i nagle dziewczynka zaczyna mieć cechy chłopięce, a chłopiec dziewczęce. Wystarczy, że mamy za dużo genów na chromsomie X które przyćmią chromosom Y, albo nieprawidłowości w genie na chromosomie Y aby reguły jakie dotychczas znaliśmy przewróciły się do góry nogami. Wszystko byłoby pięknie i o niebo ciekawiej, gdyby nie pewne minusy. Sęk tkwi w jednym niebagatelnym szczególe - bezpłodności. Osoby, których genotyp wskazywałby na inną płeć niż ta która się u nich rozwinęła nie mogą mieć dzieci. I to zwykle z tym właśnie pacjenci zgłaszają się do lekarzy genetyków całe życie nie wiedząc nawet, że są "zaprogramowani" na inną płeć. I tu mała anegdotka opowiedziana przez asystentkę. Do poradni genetycznej zgłosiło się małżeństwo. Już jakiś czas starają się o dziecko, ale ich próby spełzają na niczym, więc postanowili poszukać pomocy. Testy genetyczne wykazały, że mężczyzna ma genotyp 46,XX, a więc genotyp kobiecy uniemożliwiający rozwój prawidłowych plemników. Pada diagnoza: bezpłodność. Pech chciał, że mężczyzna ten był właśnie w drugim małżeństwie, a w momencie postawienia diagnozy zrozumiał coś jeszcze. Że alimenty które co miesiąc płaci byłej żonie na dziecko nie są do końca zasadne... Heh, życie. :)
[17.11.09] Mów do mnie jeszcze (1)
Ała
Nie mogę się w tym roku zabrać za pisanie. Historie fizjologiczno-biochemiczne ciężej przenieść na papier (dla dobra sprawy załóżmy że to wirtualne stworzenie jakim jest blog jest pewną metaforą papieru). Powoli wchodzimy w przedział tylko dla wtajemniczonych jakim jest kontekst biochemiczny czy też kontekst fizjologiczny którego przytaczanie tutaj mogłoby zająć zbyt wiele czasu. Ale będę się starać. Jedno mogę powiedzieć na pewno: wbrew wszelkim obawom, strachom i lachom, legendom i zaklęciom drugi rok póki co zdecydowanie bije na łeb na szyję rok pierwszy. Pod wszelkimi względami. Naukowymi, towarzyskimi, socjalnymi, no cała jestem szczęśliwa. Ale jak to w szczęściu bywa, w razie błędu w liczeniu, spada się z wysoka. I bzdurą okropną jest plota, którą ktoś nieopatrznie puścił w świat: pierwszy rok NIE jest najłatwiejszy. Pod tym względem tym razem przed nami jeszcze większa góra i bywam przestraszona. Ale no, co? Widziały gały co brały.
Moja szczęśliwość nabrała rumieńców, kiedy skończyliśmy na fizjologii ćwiczenia z żabami. Ostatnie doświadczenie, kiedy asystentka zrobiła nam pokaz śmierci żaby było wręcz obrzydliwe. Codziennie na klatce schodowej mijacie pewnie tacki z trutką na szczury. Taką właśnie trutkę wstrzyknięto żabie specjalnie dla naszych głodnych wrażeń oczu. Strychnina zawarta w trutce blokuje interneurony hamujące wpływ kory mózgu na napięcie różnych mięśni, między innymi oddechowych. Żaba, której podano strychninę umiera, bo się dusi. Zaraz po wstrzyknięciu substancji asystentka umieszcza żabę w akwarium, żeby wskutek niekontrolowanych skurczy mięśni nie spadła na podłogę, nie skoczyła w kierunku studentów. Pod wpływem impulsów dźwiękowych (stukanie długopisem w szybkę) przewrażliwony układ nerwowy żaby reaguje gwałtownie. Żaba robi silny wyskok i w drgawkach pada na blat stołu. Asystentka zdejmuje akwarium, wie, że to już końcowe stadium, przewraca żabę długopisem na plecy, na boki, mówi: "patrzcie, obserwujcie, możecie zobaczyć błony pławne wskutek silnego rozwarcia palców, a tu skurcz mięśni powoduje silne zgięcie kończyn górnych, wyprost kończyn dolnych, (dotyka długopisem, znów przewraca) zobaczcie jak wygina się kręgosłup, kurczą się mięśnie oddechowe". Wychylamy się z ławek, wytrzeszczamy oczy, tak, naprawdę zdycha w męczarniach. W myślach modlę się, żeby już ją zabiła. Już widzieliśmy, zostaw ten długopis kobieto, zabij ją, nie gadaj, później opowiesz, no zabij!
Tego dnia nikt z naszej sześcioosobowej grupki nie zdecydował się zabić żaby do ćwiczeń (nawet N. któremu tydzień temu poszło gładko i szybko). Asystentka na naszą prośbę, po krótkiej chwili zastanowienia zgodziła się zabić dla nas żabę. Później czułam się jak stuprocentowy hipokryta. Czerpałam wielką radość z doświadczeń, które robiliśmy. Odruchy nerwowe funkcjonujące jeszcze jakiś czas po śmierci powodują, że żaba której przyłożyliśmy do skóry nasączony kwasem solnym wacik, próbuje ten wacik strącić. Za wszelką cenę (często z niezłym impetem trafiając w studentów). I to dobrą łapą, a nie jakimś przypadkowym ruchem. Powieszona za żuchwę na haczyku wygina się we wszystkie strony aby tylko pozbyć się bodźca. Kiedy zanurzymy jej kończynę w menzurce z kwasem, to kończynę tą zgina tak mocno jak tylko daje radę, unosząc ją ponad naczynie i wyginając w nienaturalny sposób. Inaczej reaguje, kiedy na kończyny zadziałamy dwoma konkurującymi bodźcami. Jedną kończynę ściskamy mocno pensetą, drugą wkładamy do kwasu. Reakcja na bodźce chwilę trwa, impulsy nerwowe z jednej kończyny blokują drugą, krzyżując się znoszą się nawzajem. Wygrywa silniejszy. U nas penseta. To były prześwietne ćwiczenia, ale cieszę się, że ostatnie z żabami.
Dziś z kolei autonomiczny układ nerwowy. Uczelnia hojnie częstuje beta blokerami. Do eksperymentu w naszej trójce wybieramy O., która zresztą z wielką chęcią oddaje się w nasze ręce. Sprawdzamy tętno przed - 80. "Doktorzy, musimy koniecznie zmniejszyć częstość skurczów serca, bo nam pacjentka odleci. 10 mg propranololu :))" Teraz tableteczka, O. grzecznie połyka i czekamy aż zadziała. Po pół godziny cała sala podaje wyniki. No, wzorowi pacjenci, tętno leci w dół, sytuacja ogarnięta. Możemy teraz się pociąć. Długopisem zakreślamy na skórze ręki 4 koła. Każde podpisujemy - acetylocholina, adrenalina, noradrenalina, atropina. Potem zakrapiamy wyznaczone miejsca danymi substancjami i dynamicznie drapiemy się nożykiem niszcząc zmęczony naskórek, żeby przyspieszyć wchłanianie. Potem obserwujemy kurczące się lub rozszerzające się naczynia krwionośne, barwe skóry, zblędnięcie, wyrównaną walkę acetylocholiny i atropiny o ostateczny kolor skóry. Ostatnim etapem zajęć jest doświadczenie na szczurze. Jednym (sic!) szczurze. Jednym na całe 4 grupy (można? można.). Było dość zabawnie :) Podczas przenoszenia szczura z miejsca na miejsce, zsunął się on z tacki wywołując paniczny okrzyk asystentki1, która szczurów się bała. Odwrócona tyłem asystentka2 zareagowała natychmiastową ucieczką i przedłużonym, zachrypniętym okrzykiem "ała ała ałaaaaa!", któremu towarzyszyły ruchy strzepująco-odganiające i niekontrolowane podskoki. To z kolei spowodowało reakcję lawinową i pisk większej ilości studentek. Reszta obserwując sytuację niejako z boku nie hamowała śmiechu :) "Szanowni państwo" - rzekła asystentka2 kiedy już zdążyła ochłonąć, przyklepać włosy i powrócić na miejsce przy szczurze - "mieliśmy właśnie okazję zaobserwować masową niekontrolowaną reakcję na bodziec stresowy. I przy okazji bodziec dźwiękowy mający na celu poinformowanie grupy o nadchodzącym niebezpieczeństwie." (tu znaczące, ironiczne spojrzenie na asystentkę1). "Oczywiście, wszystko jest pod kontrolą, to było całkowicie zaplanowane, wracajmy do ćwiczeń". Chwilę jeszcze pozwoliliśmy sobie na zbijanie się z asystentki2, po czym ciekawi eksperymentu skupiliśmy się na szczurze. Dootrzewnowe wstrzyknięcie uśpionemu już szczurowi noradrenaliny, powoduje wzrost częstości oddechów, wzrost częstości skurczu serca, reakcja jest natychmiastowa. Z wydruku EKG obliczamy tętno, analizujemy, dyskutujemy. Działa, no naprawdę to wszystko działa! Jedna mała strzykaweczka. Działaaaaa. I najlepsze jest to, że wiem czemu :)
Czyż drugi rok nie jest wspaniały?
[30.10.09] Mów do mnie jeszcze (2)
Daleko
Muzyka, ciepłe ściany i spokój. Już lepiej, już dobrze. Taka pofizjologiczna rehabilitacja, uklepywanie, układanie w głowie tego co zbyt trudne. Nie umiem przejść nad tym do porządku dziennego. Pierwsze 4-godzinne ćwiczenia z fizjologi budzą pytania o zasadność używania zwierząt w eksperymentach. Ktoś mógłby powiedzieć - jedna żabka wiosny nie czyni. Jedna nie, ale jedna na 6 osób, razy 50 takich grup, razy 3 bo tyle ma być ćwiczeń z żabami daje sumę 900 zabitych żab w ciągu 3 tygodni. Po co? Chill out. Muzyka nadal gra. Zostało już tylko 600. Pozstałe 300 leży w żółtych kuwetach, rozczłonkowane, bez skóry, pokrwawione i wiotkie.
Zaczęliśmy od prezentacji. Kamera na stół, dwa telewizory żeby wszyscy widzieli (to ważne, mamy być humanitarni), jedziemy. Żaba wyjmowana z akwarium podnosi wszystkie łapy do góry, próbuje się odepchnąć od ręki która ją trzyma, wyśliznąć. Rozpłaszczona przez asystentkę pod sprawnymi palcami, które przecież nie-pierwszy-raz, ginie szybko i wydaje się, bezboleśnie. Czas na nas. Z 6 dziewczyn w mojej grupie 3 były chętne do zabicia przed prezentacją. Po prezentacji żadna. "Losujmy". Nie, ja odpadam, jak na mnie wypadnie to rezygnuję, poproszę asystenta. Może jednak któraś chce? Zachciała. Ufff. Zestaw narzędzi: rękawiczki, nożyczki, penseta, drucik do rozbebłania mózgu, żaba z akwarium, żaba w kubku na stole, do startu gotowi, hop. Nie jest łatwo utrzymać w miejscu żabę. Co chwilę rzucamy się żeby zagrodzić jej drogę ucieczki, wyciągamy ręce kiedy już się wyślizguje, odkładamy ją z powrotem do kubka na jeszcze jeden oddech, chwilę uspokojenia. Druga próba, asystentka prezentuje wyćwiczone chwyty, żaba w miejscu. K. chwyta nożyczki, wyznacza miejsce tuż pod czaszką na kręgosłupie, raz, dwa, trzy, iiiiii! I nic. Dziabnęła, nie wbiła. Jeszcze raz, hop! Pojawiła się odrobina krwi od rozciętej skóry, nożyczki nadal na zwnątrz. Podnosi wzrok, patrzy na nas zagubiona, "ej nie mogę, odłożę ją na razie, wyślizguje mi się...". "Nie! Rób to do końca bo ona się męczy!". Patrzy na koleżankę: "popchnij moją rękę, złap mnie za pięść, zrobimy to razem, na trzy. Okej? Na trzy... Raz, dwa, trzy!". Głębiej, ale ciągle za płytko. K. cofa nożyczki. Ja odwracam się na pięcie, uspokajam oddech, zamykam na chwilę oczy. "Musisz to zrobić jeszcze raz, zaraz będzie po wszystkim." "Ja już nie chcę, zawołąjcie asystentkę! Ty to zrób" - namawia koleżankę. "Rób dziewczyno, ty zaczęłaś, ty musisz to skończyć. Znęcamy się nad nią, skróć to." Czwarta próba, tym razem mocniej, bardziej zdecydowanie, słyszymy chrzęst, przecina kręgosłup, rdzeń, nie rusza się! Nareszcie! "Teraz weź szpilę i włóż w rdzeń żeby zobaczyć reakcję." K. podnosi narzędzie, celuje w dziurę po nożyczkach, merda, reakcji brak. Do cholery!!! "Nie przecięłaś rdzenia...". Żaba zaczęła się ruszać. Jeszcze raz, Boże, jeszcze raz... K. panikuje, jej twarz przybrała pulsujący czerwony kolor. "Nie, nie mogę! Zawołajcie asystentkę! Niech ona tu przyjdzie! Niech ona to zrobi!". Szczerze mówiąc nie pamiętam już kto wykonał ostateczną czynność. Pamiętam znów ten sam chrzęst, pamiętam wreszcie upragnioną reakcję na merdanie szpilą w rdzeniu. Nagły wyprost tylnych łap. Merdanie szpilą w drugą stronę, tak żeby rozwalić mózg i wreszcie zwiotczenie. Nie mogę wytrzymać, wychodzę. Opieram się o ścianę, mijam profesora, nie mówię mu "dzień dobry", jestem na niego wściekła. Podchodzę do okna, otwieram szeroko. Widok z piątego piętra naszej uczelni jest przepiękny. Nie ma mnie tu, nie ma mnie tu, nie ma. Już po wszystkim, już. Minęło. Jeszcze parę oddechów, jest spokojnie, jest dobrze. Kiedy wracam na salę kończy się preparowanie kończyny, skóra schodzi gładko i przyjemnie. Mamy nerw kulszowy, mamy elektrody, reszta ćwiczeń przebiega spokojnie.
Gdybym miała jednym słowem opisać to jak się obecnie czuję, to najlepiej byłoby chyba powiedzieć, że jestem zniesmaczona. Ale też przestraszona, wycofana, pełna wątpliwości o celowość tego wszystkiego. Owszem fascynująco było pobudzać skurcze mięśni samym NaCl, dostarczać impulsów z elektrod, okładać lodem, znieczulać polokainą. Jakie to było ciekawe! Nie umiem jednak znaleźć bilansu, nie umiem odpowiedzieć na pytanie gdzie jest granica ani kto ją stawia. Czy to naprawdę dziwne że patrząc na rozradowaną M. która szła z żabą w kubku gotowa ją zabić bez mrugnięcia okiem, czy to tak dziwne, że czułam wtedy niepewność, że nie jest mi dobrze? Czy naprawdę nie starczyłaby jedna żaba na grupę? Czy obserwacja ekranu na którym wszystkie te czynności wykonuje asystentka nie wzbogaciłaby naszej wiedzy? A może po prostu należałoby nam niedoświadczonym, z niepewną ręką i głowami pełnymi paniki, dostarczyć żaby już martwe? "Żabę należy zabić szybko i sprawnie, tak aby ograniczyć ból do minimum i jednocześnie zachować maksymalną dawkę humanitaryzmu." Zaryzykowałabym stwierdzenie że 5 prób wbicia nożyczek nie do końca podlega pod to założenie. Niedobrze mi. Jednocześnie chcę i nie chcę tam wracać. Naprawdę nie umiem znaleźć się w tym chaosie. Bardzo się cieszę, że jadę dziś do domu. Jak najdalej stąd.
[09.10.09] Mów do mnie jeszcze (6)
Proszę odsłonić pośladek.
Tadam, wreszcie trochę rzeczy manualnych. Jako przedsmak wakacyjnej praktyki uczelnia zafundowała nam 10 godzin zajęć z pielęgniarstwa, czyli uczymy się kłuć. W extranecie (nasza uczelniana sieć dostępna tylko dla studentów i pracowników uczelni) lista rzeczy niezbędnych do zajęć:
1.rękawiczki gumowe – 5 par
2.strzykawki o pojemności:
10 ml – 1 szt.
5 ml – 1 szt.
2 ml – 2 szt.
3.igły o rozmiarach:
1,2 mm – 4 szt.
0,7 mm – 2 szt.
0,45 mm – 1 szt.
4. venflon – średnica 0,9 (wlk: 22 G – kolor niebieski) – 1 szt.
5. roztwór 0,9 % NaCl – 3 amp. po 5 ml.
Sala ładna, nowa, zaaranżowana na pokój szpitalny - z dwoma łóżkami, fotelami do pobierania krwi, fantomem ubranym w piżamę i z podłączoną kroplówką. Właściwie ładniej niż w szpitalach, ale cóż taka polska rzeczywistość.
"Witam, nazywam się Iks Igrek, przeprowadzę z państwem zajęcia z podstaw pielęgniarstwa. Na początek proszę przygotować rękawiczki, strzykawkę 10 ml oraz igłę 1,2 mm. Będziemy pobierać krew."
Po pokazaniu wszystkich czynności na fantomie i na ochotniku (za którego zresztą z radością posłużyłam) przyszła kolej na nas. M. z którym byłam w parze ostrzegł mnie, że mam nawet nie ważyć się pisnąć, bo to go deprymuje. Zabawne kogo bardziej ta informacja zdeprymowała :) Nie pisnęłam, pobieranie krwi poszło gładko nam obojgu. Metoda archaiczna co prawda, bo dziś do pobierania używa się już tylko probówek próżniowych, ale krew jak miała być tak była.
Przyszedł czas na zatrzyk domięśniowy. Spodziewaliśmy się że w ramię, a tu bęc, w pośladek. To się nazywa przejście na wyższy etap znajomości :) Cała grupa odsłaniała przed sobą poślady, a wokół łóżka licznie gromadzili się obserwatorzy, których ni cholery nie dało się rozgonić. Nie muszę wspominać, że przed wykonaniem zastrzyku trzeba już przy pacjencie przygotować część sprzętu, zdezynfekować skórę, zastanowić się co dalej, jeśli dodać do tego fakt, że do zastrzyków przygotowywano się na obu łóżkach na raz to czas oczekiwania na ukłucie z odsłoniętym pośladkiem musimy podwoić. Cóż, po raz wtóry - taka rzeczywistość. A obserwatorzy jak stali tak stoją. Na pierwszy rzut poszedł N. Dziewczyna która była z nim w parze nie wydawała się szczólnie przekonana do tego co zaraz ma wykonać i w rezultacie chcąc być delikatna, zamiast wbić igłę szybkim zdecydowanym ruchem, wbiła ją trochę wolniej a przez to, jak to eufemistycznie mówił pan Iks Igrek "nasiliła dolegliwości bólowe pacjenta" :) N. dzielnie zniósł ten etap, ale czekał go jeszcze jeden - podawanie leku, którym w naszym przypadku był roztwór soli fizjologicznej. W zastrzykach domięśniowych jest taka zasada - im wolniej tym lepiej. Cała ilość jaką mieliśmy podać to 2 ml, ale K. ręka się omsknęła i niechcący zamiast 2 podała 4 - w dwóch zdecydowanych ruchach... N. zacisnął ręce na poręczy łóżka i marszcząc twarz jęknął jednoznacznie. Drugie naciśnięcie tłoka wywołało jeszcze głośniejszy jęk N., czym dostarczył nam nieodpartej radości. Pośpiesznie odchodząc od łóżka pełni empatii próbowaliśmy powstrzymać śmiech, ale nie dawało rady, no nie dawało. Ja dłońmi w rękawiczkach zasłaniając usta od śmiechu, podeszłam do M. który czekał już na drugim łóżku gotów posłużyć swym ciałem nauce i przypomniałam mu nasz układ: "nawet nie waż się pisnąć". M. spojrzał na mnie pełen ufności: "G. pamiętaj, tylko szybko wbij igłę, choćby całą, ale szybko". Okej, nie ma problemu. Pan Iks Igrek przeniósł się do naszego stanowiska. "Wyznaczyła pani miejsce do zastrzyku?" "Tak, tutaj, nie ma zmian zabarwienia, nie ma bolesności, jest jedno naczynie, ale ominiemy je". Zdezynfekowałam skórę, zmieniłam igłę, nasączyłam wacik i uchwyciłam go między trzeci a czwarty palec ręki, ułożyłam palce na strzykawce. "Czy jest pan gotowy?" - zapytałam, a M. potaknął. No to jedziemy. Palcem wskasującym i kciukiem lewej ręki naciągnęłam skórę, wymierzyłam. "Uwaga, ukłucie!" i bach. Igła weszła łatwo i szybko, cała. Tym razem zamiast pacjenta, syknęła reszta sali, ale M. ani drgnął. Podawałam lek. "Czy coś się dzieje proszę pana?" "Nie, lekkie rozpieranie, ale wszystko w porządku". Starczy, 2 ml. Szybkim ruchem wyjęłam igłę, położyłam wacik. "Proszę przytrzymać wacik, ale nie naciskać za mocno żeby nie wycisnąć leku." Spojrzałam na wstającego M., wyglądał dobrze. "No i jak? Żyjesz?". "Żyję, było super, czemu wszyscy syknęli?". "Bo wbiłam ci szybko igłę - CAŁĄ igłę". "A, no i dobrze, nic nie poczułem, profeska G." - rozbawiony klepnął mnie po ramieniu. Uśmiechnęłam się. Fajnie zrobić dobrze zastrzyk. Naprawdę fajnie :) M. też poszło dobrze, jego podawania leku nawet nie poczułam. Nikt nie zemdlał, nikt nie przebił się nikomu do kości biodrowej, to były zabawne zajęcia. Wenflon i zastrzyk podskórny też poszły gładko. Na koniec pogratulowaliśmy sobie z M. owocnej współpracy i zadeklarowaliśmy, że na przyszłość możemy być parnerami w takich akcjach.
Z zajęć mam jeden wniosek - gdyby nasza Służba Zdrowia miała działać z taką skrupulatnością to pokochalibyście zastrzyki i tych co je wykonują, ale jednocześnie spędzilibyście pół życia w kolejkach, a i tak pewnie spędzacie go co najmniej jedną czwartą. Przed tymi zajęciami na SORze miałam już okazję kilkunastokrotnie pobierać krew, zakładać wenflony i robić zastrzyki, ale nigdy nie widziałam żeby ktoś robił to tak jak nas uczą. Cóż, co prawda to prawda, na SORze nie ma czasu na każdorazowe mycie rąk po 5 razy każdą powierzchnię (grzbietową, dłoniową, jednej i drugiej ręki), kciuki, opuszki palców, przestrzenie między palcami, nadgarstki. No nie ma czasu. Myje się ręce zwyczajnie, zakłada rękawiczki i jedzie. Nie korzysta się też z nowych informacji więc dobrze, że przekazują nam wiedzę najnowszą, choćby tą że teraz już nie zgina się po pobieraniu krwi ręki w łokciu, tylko prostuje i podnosi jak najwyżej, bo badania wykazały że takie zachowanie zmkniejsza ryzyko podkórnego wycieku krwi. Nie ma też czasu na pytanie "Dzień dobry nazywam się Kasia Kowalska. Czy miał już pan kiedyś pobieraną krew? Czy zgadza się pan na zabieg? Czy coś się działo? Nie? To proszę informowac mnie o wszelkich niepokojących objawach./ Tak, działo? To prosze położyć się na kozetce. Którą rękę pan wybiera? Czy wszystko w porządku? Proszę przyłożyć wacik i trzymać rękę wysoko w górze co najmniej dziesięc minut." Z jednej strony żal, bo rzadko będzie czas zachować wszystkie te procedury, z drugiej dobrze że uczą nas takiego podejścia do pacjenta. Na koniec niestety jak zwykle ideologia boleśnie zderza się z rzeczywistością. Mogę tylko powiedzieć, że zrobię co w mojej mocy, żeby z tej ideologii jak najwięcej wprowadzać w życie. A przy okazji ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć. Jest ktoś chętny do zastrzyku? :)
[29.05.09] Mów do mnie jeszcze (9)
Do it again
Zmienia się. Rok akademicki powoli dobiega końca, jeszcze tylko miesiąc do wakacji a letnią atmosferę już czuć w powietrzu. W czwartek już ostatnie zajęcia w prosektorium; z angielskiego i łaciny ilość zajęć które pozostały można policzyć na palcach jednej ręki. Sesja w pełni gdyby nie to, że nie mogę jeszcze zacząć się uczyć.
Dziś na fakultecie wykład z podstaw kardiochirurgii. Kardiochirurgia jest jedną z dziedzin medycyny która interesuje mnie zdecydowanie najbardziej. W końcu poza mózgiem to w sercu właśnie kryje się fizyczny sens naszego życia. To co kardiochirurg potrafi uczynić z ludzkim ciałem to rzecz po prostu niesamowita i wcale nie dziwię się tłumom ludzi którzy przybyli na pogrzeb Religi, wspólnie układając na jego grobie wieńce żeby podziękować mu za ocalone życie, bo istotnie kardiochirurgia to rzecz wielka. Wiecie ile jest w stanie wytrzymać serce w stanie niedokrwienia, nie bijąc i nie będąc używane podczas operacji? Optymalny czas to cztery godziny, ale można więcej. Dla porównania, podczas zwykłego niedokrwienia w warunkach nieszpitalnych, serce przestałoby bić nieodwołalnie po dziesięciu minutach. Jak to się dzieje? Po pierwsze kardioplegia - płyn schłodzony do 4 stopni celcjusza, którego podwyższone stężenie potasu zatrzymuje akcję serca, a jednoczesne obniżenie temperatury bardzo istotnie zwalnia metabolizm mięśnia sercowego powodując, że ma on minimalne zapotrzebowanie na tlen, bo w końcu nie pracuje. Po drugie kiedy mówimy o chorobie wieńcowej zwykle w trakcie operacji musimy zamknąć jedną z tętnic wieńcowych, żeby móc ją naprawić - dlaczego całkowite zablokowanie dopływu krwi nie powoduje martwicy? Bo nasz organizm jest genialny. U ludzi ze zwężonymi tętnicami wieńcowymi wytwarza się krążenie oboczne, słowem serce przerzuca większość krążenia na inne tętniczki. Gdyby taką tętnicę zamknąć u kogoś kto jest kompletnie zdrowy, to najprawdopodobniej zszedłby z tego świata szybciej niż chirurg mógłby zareagować. Z krążeniem obocznym wiąże się też jeden fajny paradoks. Myślicie że jesteście zdrowi, młodzi i silni i żaden zwał wam nie groźny? Groźny, oj groźny. Prawdopodobnie babcia niejednego z was przeszłaby zawał serca bez większych komplikacji, co więcej mogłaby się nawet nie zorientować, że go miała, a wy w przypadku zawału nie mielibyście nawet najmniejszych szans na przeżycie. Bo? Again, nasze organizmy są genialne. Organizm wiedząc że starzenie wpływa negatywnie na krążenie, z każdym rokiem życia wytwarza sobie coraz więcej możliwości krążenia obocznego, w ten sposób jako starsi ludzie będziecie mieć wielokrotnie większe szanse przeżycia zawału niż młodzi. No ale nie o to.
KPU - krążenie pozaustrojowe. Kaniula żylna do prawego przedsionka, kaniula tętnicza do łuku aorty, pompa, oksygenator i gotowe. Serce potraktowane kardioplegią krwi już przecież nie pompuje, więc oddycha i pompuje ją za nas maszyna. Ale to dopiero od 50 lat. A co wcześniej? Krążenie skrzyżowane (ang. cross circulation). Dzieci urodzone z wadą serca operowano z "naturalnym" sposobem na utrzymanie krążenia. Podłączano je do żyły i tętnicy udowej rodzica. Rodzic oczywiście musiał spełnić wiele warunków, w tym podstawowy czyli ta sama grupa krwi, a po ich spełnieniu, był sercem dla swojego dziecka. Oboje poddawano narkozie, serce dziecka unieruchamiano kardioplegią, a krążenie zapewniał rodzic.
A dzisiaj? OPCABG (Off-Pump Coronary Artery Bypass Grafting) czyli operacje pomostowania tętnic wieńcowych bez wykorzystania krążenia pozaustrojowego. Jak to działa? W uproszczeniu zasysamy kawałek serca na którym chcemy operować między "widełki" stabilizatora powierzchni serca i w ten sposób zmniejszamy jego drgania do 1 mm co powoduje, że w praktyce rezygnujemy całkowicie z pomp i maszyn zastępujących naturalne krążenie, bo jesteśmy w stanie operować na bijącym sercu. Co jeszcze przyniesie przyszłość? 50 lat temu podłączaliśmy dzieci do rodziców, dzisiaj nawet nie musimy serca zatrzymywać.
Doktor Dz. na początku dzisiejszego wykładu oznajmił: "w sumie jest was tak mało że możnaby puścić listę, zostańcie w takim razie na przerwę". Po sali przebiegł szum, nerwowe rozglądanie się dokoła - faktycznie jest nas naprawdę mało, no to telefony w ruch, niech przychodzą bo głupio oblać rok z powodu nieobecności na fakultecie. Do czasu przerwy ilość osób zasiadających w sali zwiększyła się prawie dwa razy. Doktor Dz. zadowolony z efektu podczas przerwy oznajmił: "oczywiście nie będzie żadnej listy, chciałem żeby was więcej przyszło, przepraszam tych którzy wydali na taksówkę żeby przyjechać - pieniędzy nie zwracam". Jak widać nasza uczelnia ma oryginalne poczucie humoru. :)
Tymczasem po zajęciach ognisko. Postanowiliśmy z Sz. zebrać trochę ludzi i skorzystać wreszcie z faktu że między akademikami znajduje się miejsce specjalnie przeznaczone na ognisko, co jest doskonałą okazją do wypicia piwa i posiedzenia ze sobą przez wieczór zamiast całej nocy. Wybraliśmy się na zakupy, pozbieraliśmy drewno z lasku, powyjasnialiśmy gdzie i jak dojechać. Ku naszemu zdziwieniu przyszło więcej osób niż się spodziewaliśmy. Ku naszemy zdziwieniu nie tylko z AMG (przepraszam z GUM bo w końcu właśnie zmieniliśmy się w uniwersytet) ale też z uniwerku i polibudy. Ale żeby nie zapeszyć nie powiem, że wreszcie być może się rozkręcamy, nie powiem też że mam nadzieję że będzie tak częściej i że następnym razem chłopaki z polibudy przyjadą vanem w którym głośniej gra muzyka a podświetlane siedzenia będą migotać do rytmu. :)) Nie zamierzam też mówić, ze planujemy jakiś wspólny wyjazd na Hel albo na Mazury. Nic nie powiem, bo zapeszę. Ale takie wieczory mogą być. To lubię. Oby tak dalej!
[26.05.09] Mów do mnie jeszcze (0)