linki:

Ami's LJ
BBC Good Food
Blog bebowy
Blog narzeczonej programisty
Carpie diem do cholery
Kulinaria A. i P.
Maja nadaje
Osobowe
Pradera
Skamander
Wirnik

past:

2015

9
8
7
6
5
4
3
2
1
2014

2013

2012

2011

2010

2009

2008




prodakszyn: bymartina
4pnd!
[pic dev-art]

Glodny? Nie czekaj!

W 1987 roku w stanie Minnesota i w Południowej Dakocie miała miejsce niewielka lokalna epidemia tyreotoksykozy. W krótkim okresie czasu zanotowano 121 pacjentów, którzy zgłosili się do szpitala z objawami nagłej nadczynności tarczycy: utratą wagi, nerwowością, wzmożoną potliwością, bólami głowy, zmęczeniem i bezsennością. Wielkie zdziwienie zapanowało wśród tamtejszej społeczności lekarskiej, która nie zwykła nigdy wcześniej obserwować tak nagłej i przedziwnej "epidemii" nadczynności tarczycy. Czym prędzej rozpoczęto więc poszukiwania czynnika, który mógł wywołać całe zamieszanie. Poszukiwania nie trwały długo. Wkrótce po przeprowadzeniu szczegółowego wywiadu z każdą z osób wykazujących objawy, wysunięto wniosek, że jedyną cechą łączącą wszystkich 121 pacjentów było... upodobanie do zjadania nadmiernej ilości hamburgerów. Dalsze śledztwo wykazało, że osoby te spożyły hamburgery z kotletami pochodzącymi z rzeźni w których były one produkowane ze zmielonej szyi zwierzęcia, z której wcześniej nie usunięto tarczycy, a więc i hormonów które się w niej znajdowały. Zjedzenie w krótkim czasie odpowiedniej ilości takich przysmaków powodowało znaczny wzrost stężenia tyroksyny w krwi pacjentów i objawy zatrucia tymże hormonem. Od tego czasu w Stanach Zjednoczonych Ameryki zabroniona jest praktyka mielenia szyi zwierzęcia w celu produkcji kotletów bez uprzedniego usunięcia tarczycy. A amerykańscy fani hamburgerów mogą już czuć się bezpieczni. Ot medycyna.


[16.04.11] Mów do mnie jeszcze (1)


Jaka była przyczyna śmierci?

Nie lubię zajęć sekcyjnych z patomorfologii z trzech powodów: po pierwsze bywają nudne, po drugie odrażające, po trzecie śmierdzące. Rozcinanie jelit jest kulminacją obrzydliwości i prawdziwą próbą wytrzymałości dla mojego wrażliwego zmysłu powonienia. Nie chciałabym wdawać się w zbyt wiele szczegółów, ale z całą pewnością teraz kiedy już wiem, jak wygląda sekcja zwłok nie życzę nikomu, żeby umarł z przyczyn niewyjaśnionych. Przecinanie każdego narządu wzdłuż, wszerz i na ukos, pobieranie wycinków, rozcinanie naczyń, tchawicy, przełyku, krojenie mózgowia na plasterki, spłukiwanie krwi i tkanek prysznicem a potem wrzucanie wszystkiego do brzucha i zaszywanie naprawdę nie ma nic wspólnego z tym jak to sobie wyobrażałam. Odnośnie punktu pierwszego - cóż rutyna. Zawsze ta sama kolejność, zawsze te same czynności i częściej niż by się wydawało nic z tych zabiegów nie przynosi odpowiedzi na podstawowe pytanie: dlaczego umarł/umarła? Ja zdecydowanie mogę odpowiedzieć na jedno: kim NIE zostanę w przyszłości? Patomorfologiem! Ale bywają dni, kiedy wszystkim nam zapiera dech, kiedy myślimy: to nie powinno tak być, tak nie powinno to działać. Dziś był taki dzień. Na stole sekcyjnym leżało ciało wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyzny. Lewe ramię pokrywał wielki czarny tatuaż, skóra zdjęta z czaszki zakrywała twarz. Na prawej nodze długie, podłużne cięcie - od biodra do kolana i widoczna zaawansowana martwica mięśni i skóry. Narządy jak zwykle wypreparowane leżały na stoliku nad nogami, jelita wciąż w jamie brzusznej. Ktoś dostał kartkę z historią choroby do zreferowania. Mężczyzna lat 27, 1 stycznia pośliznął się na lodzie i upadł na prawą kończynę dolną i biodro, nie był pod wpływem alkoholu. Z powodu dolegliwości bólowych zgłosił się do lekarza, w miejscu uderzenia zaczerwienienie i szerzący się proces zapalny z ropowicą, leczony antybiotykami. Po kilku dniach trafia do szpitala w stanie ciężkim z objawami wstrząsu septycznego. 10 stycznia zgon. Z krwi i z rany wyhodowano bakterię S. pyogenes. Zapadła cisza. Każdy przetwarzał. 27 lat. Upadł na lodzie. 27 lat. Zgon 10 stycznia. 27 lat! Przecież on tylko upadł! Zgon 10 stycznia. Bezpośrednią przyczyną śmierci była niewydolność wielonarządowa w wyniku sepsy. Ale to tylko rezultat zakażenia, a nie powód sam w sobie. Zastanawialiśmy się skąd ten S. pyogenes. W historii choroby nie było żadnej wzmianki o infekcjach, które mogłyby być wywołane przez pyogenes: ani anginy, ani zapalenia ucha środkowego, ani zapalenia zatok. Może kiedyś przechodził anginę i rozwinął zapalenie wsierdzia? Może? Asystent zabiera się za sekcję, ale wsierdzie wygląda zupełnie normalnie, osierdzie też. Nie wypreparowano jeszcze migdałków, zrobią to później, ale to mało prawdopodobne, pewnie wiedzieliby o tym chociaż od rodziny. Płuca dosyć kruche, mogło być zapalenie, ale kto wie, czy to nie w przebiegu sepsy? 27 lat. Jaka jest przyczyna śmierci? Najprawdopodobniej upadek na nogę spowodował obtarcie skóry i zakażenie tej okolicy bakteriami S. pyogenes znajdujących się na spodniach pacjenta. Rozwijające się zapalenie, a w rezultacie puchnące mięśnie uciskały na naczynia krwionośne, blokowały dopływ krwi przyczyniając się do martwicy, bakterie szalały. Kiedy dotarł do szpitala skóra na biodrze była już czarna, a bakterie za pomocą krwi rozsiały się po całym ciele powodując sepsę i niewydolność każdego narządu po kolei. To była faza nieodwracalna wstrząsu, wyciągnięcie pacjenta z takiego stanu byłoby cudem. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności, bakterie plus infekcja, zgon. 27 lat. Upadł na lodzie. W takie dni nienawidzę sekcji jeszcze bardziej.

[13.01.11] Mów do mnie jeszcze (4)


Kosmos

Zdaje się, że mam niezłe szczęście jeśli chodzi o przydział prowadzących zajęcia z interny. Pierwszego dnia zajęć oblał nas zimny pot, kiedy dowiedziałyśmy się, że seminarki dla naszej 4 osobowej grupki będzie prowadził nie kto inny, ale kierownik Kliniki Nadciśnienia Tętniczego i Diabetologii - profesor W. we własnej osobie, postrach studentów i legenda oddziału. Kolana nam zmiękły, gdy doszła do nas wieść, że prof. W. nie prowadzi seminarek, on nic nie wykłada, on nie opowiada - my opowiadamy, on słucha. Poza "dzień dobry" kolejnymi słowami na przywitanie, które powiedział do nas prof. W. na pierwszych zajęciach było: "BOICIE SIĘ???" :)) Z czasem okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny i mimo, że na KAŻDYCH zajęciach choćbyśmy nie wiem jak były przygotowane zawsze znajdzie się coś co wie profesor a my nie, to jakoś zwykle wychodzimy z tego z twarzą (mam nadzieję, że nie zapeszam). Raz nawet oblał nas blask pochwały z ust legendy, a brzmiała ona: "no... nieźle było... następnym razem ma być lepiej." :)) W ramach zadośćuczynienia za stresujące warunki pracy na seminarkach, asystent prowadzący ćwiczenia ma być cukierkiem na osłodę życia. I jest. Podobno trudno trafić lepiej na internie niż na młodego, a więc obdarzonego świeżym punktem widzenia dr-a R. który poza świetnym podejściem do pacjentów, ma też świetne podejście do studentów i pozaziemską cierpliwość (i jako student również miał seminarki z prof. W, którego najbardziej absurdalne pytania czasem sprzedaje nam jako anegdoty :)). Tak więc interna? To ten przedmiot na jaki czekało się dwa pierwsze, ciężkie lata tych pokręconych studiów po to żeby stanąć przed pacjentem i dowiedzieć się... że kosmos wiedzy jest do zdobycia przed nami. :) Enjoy :) Zbieranie wywiadu idzie nam strasznie pokracznie, niepoukładanie i z licznymi pauzami na wymyślenie kolejnego pytania, ale większość pacjentów uważa to za zabawne i będąc przepytywana już setny raz przez kolejną grupę studentów doskonale zna schemat i czasem podpowiada nam z chrząknięciem wyciskając "ekhm, nie zapytaliście jeszcze o urazy". Swoją drogą nikt nigdy w życiu nie przeprowadził ze mną jeszcze takiego wywiadu, ale wiadomo - ideologia ginie gdzieś w ograniczeniach czasowych przeciętnego lekarza. Najzabawniejsi, uważam, są panowie. Dzielnie dają się opukiwać, osłuchiwać, obmacywać doły podkolanowe w poszukiwaniu tętna i zwykle dodają: "no moooooocniej, tak to pani nic nie poczuje!" :) A pacjenci są różni. Dziś osłuchiwaliśmy 26-letnią kobietę z wszczepioną sztuczną zastawką dwudzielną, która już w wieku 4 lat przeszła pierwszą operacje kardiologiczną, a obecnie trafiła do szpitala z powodu osłabienia, zawrotów głowy, męczliwości spowodowanych anemią. Tydzień temu dziewczyna 20 lat, z zakrzepicą żył głębokich. Dwa tygodnie temu 70 letni mężczyzna w ciężkim stanie  z zaawansowanym Alzheimerem i niewydolnością oddechową w przebiegu zapalenia płuc przez co trafiliśmy akurat na konsultację anestezjologiczną i intubację. Osłuchiwaliśmy mu płuca (brzmiały jak dmuchanie powietrza słomką w wodę) i obserwowaliśmy konsultację chcąc wyciągnąć możliwie najwięcej wniosków. Oddech płytki, sine usta, tachykardia, widoczne trudności z oddychaniem, rzężenia nad płucami, niskie ciśnienie. Tydzień później okazało się, że pacjent ten już nie żyje najpewniej zakażony szpitalnym szczepem bakterii opornej na wiele antybiotyków. Już nie dało się tego powstrzymać. Interna to nagromadzenie bardzo różnych przypadków. Podobno jedna z najgorszych dziedzin medycyny, bo szeroka i niewdzięczna. Ale dla nas pierwsza, w której mamy kontakt z pacjentem i dlatego doceniana. :)


[29.11.10] Mów do mnie jeszcze (2)


Zmarł prof. Olgierd Narkiewicz

Początek października 2008 roku, poniedziałek 8 rano, mój pierwszy wykład na studiach lekarskich. Wtedy po raz pierwszy ujrzałam prof. Narkiewicza, wybitnego anatoma, wieloletniego kierownika Katedry Anatomii i Neurobiologii, autora wielu podręczników, jednego z najważniejszych ludzi naszej uczelni. Namawiał chłopaków z pierwszego rzędu do wyjścia na środek pełnej sali wykładowej i rozbierał ich do połowy żeby pokazać zarys łopatki, albo kształt obojczyka. Jako jedyny z profesorów odwiedzał nas czasem na ćwiczeniach w prosektorium, żeby zobaczyć jak nam idzie, zadawał pytania, żartował razem z nami i zawsze słuchał tego co mówimy. Był niski i drobny, ale głos miał bardzo donośny i odważny. Nie lubił slajdów z komputera i lasera do pokazywania obrazów z rzutnika. Na wykładach zawsze korzystał ze starych, ale świetnych tablic anatomicznych. Chciał, żebyśmy wszystko wiedzieli, dlatego niejednokrotnie obracał się pod tablicą i rzucał niespodziewanie między trzysta osób obecnych na wykładzie: "rozumiecie?". Był jednym z najwybitniejszych naukowców Polski, uwielbianym przez studentów o czym świadczy wielokrotny tytuł nauczyciela roku, a jednocześnie tak niepozornym i skromnym człowiekiem, że można go było nie zauważyć. Mieszkał w domu blisko uczelni, często można go było spotkać podczas przerwy między zajęciami, kiedy spacerował w swojej okolicy. Na przywitanie odpowiadał lekkim ukłonem i zawsze uśmiechem. Inspirował mnie. Wzbudzał wiarę w studia, w przyszłość. Napełniał ciepłą energią. Był moim autorytetem. Nigdy nie przestanę żałować, że nie ma go już z nami.

http://www.gumed.edu.pl/12583.html

[10.10.10] Mów do mnie jeszcze (2)


Czternasta czterdzieści

Na czerwoną linię przywieziono panią lat 43. Karetka przywiozła ją z przychodni. Poszła po leki, dostała ataku padaczki, straciła przytomność. U nas wydawała się stabilna. Monitor ukazywał rytmiczną akcję serca. Puls 140, saturacja około 90. Podano tlen. Nieco splątana, słabo wykonywała polecenia, ale odpowiadała na pytania. Na ciele nie było widać żadnych ran ani objawów krwawienia, jednak ciśnienie było niemierzalne, a pielęgniarki miały duży problem z założeniem wenflonu i pobraniem krwi na morfologię. Kiedy puls zaczął systematycznie spadać, zrozumieliśmy, że czas grał tu rolę. Po paru próbach, w końcu krew trafiła do laboratorium, a wyniki wykazały znacznie obniżoną hemoglobinę i hematokryt. Lekarz założył pacjentce wkłucie do żyły szyjnej zewnętrznej; jej skóra bielała z minuty na minutę. Czekaliśmy na pilne USG brzucha, kiedy usłyszeliśmy ratownika P.: "zatrzymuje się!". Spojrzałam na monitor: puls 30, spłaszczające się załamki QRS, po chwili asystolia. To była najszybsza akcja przy tej pacjentce: doktor w dwóch ruchach był już przy jej głowie i rozpakowywał zestaw do intubacji, pielegniarka już trzymała worek ambu, P. stał gotowy do masażu serca. Ledwo zdążyłam zobaczyć jej struny głosowe, kiedy rurka intubacyjna była w prawidłowej pozycji i zaczęto sztuczną wentylację. P. prowadził już resuscytację, a pielęgniarka podawała adrenalinę.

Mały oftopik: pewnie wszyscy kojarzycie te mrążące krew w żyłach sceny filmowe, kiedy na monitorze pacjenta ni stąd ni zowąd pojawia się płaska zielona linia, a każdy kto jest w pobliżu rzuca sie po defibrylator, ładuje do 200J, krzyczy: "clear!" i strzela? No, tak to wygląda na filmach, ale w medycynie jest inaczej. Na taki mechanizm zatrzymania serca, zwany asystolią, reaguje się tylko i wyłącznie w jeden sposób: ręcznym masażem serca. I nic tu nie dadzą żadne defibrylacje ani wszelkie inne działania, które można wymyslić, tu pomoże tylko użycie własnych rąk.

Użycie własnych rąk jest jednak wbrew pozorom bardzo wyczerpujące - zwłaszcza kiedy mówimy o kilkudziesięciominutowej resuscytacji. Wiedziałam, że prędzej czy później trzeba będzie P. zmienić, zwłaszcza, że pacjentka nie reagowała na leki, a minuty uciekały. Stanęłam więc na przeciwko niego i spojrzałam sugestywnie, co P. w mig załapał i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu i szczęściu jednocześnie wpuścił mnie na swoje miejsce. Szybko ułożyłam ręce na mostku i zaczęłam masować. Pielęgniarka spostrzegłszy różnicę wzrostu między mną a P. obniżyła stół, za co byłam wdzięczna, bo znacznie ułatwiło mi to masowanie, które i tak wymagało nie lada siły. Naciskając patrzyłam na monitor i widziałam załamki pojawiające się zgodnie z moim rytmem. To było niesamowite. Pod dłońmi czułam, że P. próbując pokonać opór klatki piersiowej musiał złamać pacjentce co najmniej jedno żebro. Jest to zresztą zupełnie normalne i zdarza się notorycznie przy resuscytacji - taka ludzka anatomia. Jestem pewna, że ja próbując pokonać ten sam opór też to uczyniłam. Usłyszałam zresztą chrupnięcie, a po nim odczułam lekką ulgę w masowaniu, ale nadal było ciężko. W międzyczasie przybył radiolog i zabierał się do robienia USG. Ucieszyłam się, kiedy kazano mi na chwilę przerwać żeby ułatwić mu ocenę obrazu, bo czułam już braki energii. W tym samym momencie pomyślałam, że przecież O. też nigdy nie masowała i wykorzystałam tę chwilę na zamianę miejsc. Radiolog nie mógł nic znaleźć. O. zaczęła więc znowu masaż. Lekarz zalecał kolejne dawki adrenaliny. Miałam podać dokładnie centymetr do wkłucia szyjnego. Niby proste zadanie, ale czułam stres kiedy wyobrazić sobie jak ruszało się ciało tej kobiety - z jednej strony pod wpływem masażu, z drugiej przez wentylację, a ja przecież miałam do podania równo tyle a tyle. Mimo tego pacjentka wciąż nie reagowała na leki. Radiolog podejmował kolejne próby znalezienia krwawienia - bez skutku. W międzyczasie chwyciłam worek ambu i zajęłam się wentylacją. Byłam zdziwiona spokojem jaki panował na sali. Resuscytacja trwała już paredziesiąt minut, nie miałam poczucia czasu. O. została zmieniona przez pielęgniarkę, pielęgniarka przez P., potem znowu ja zmieniłam P., a O. wentylowała. Lekarz zapytał ile to juz trwa. Ktoś odrzekł: "pół godziny". Lekarz na to: "to jeszcze masujcie". Podawaliśmy kolejne leki, ciągle bez żadnej reakcji. Właściwie było cicho. Nie było tej wrzawy i ruchu jaki panuje w takich sytuacjach na filmach i jaki zawsze sobie wyobrażałam. Każdy robił swoje, czekaliśmy aż coś się zmieni, ale to nie następowało. Masując ją ponownie spoglądałam to na monitor, to na jej twarz. Miałam wrażenie, że masuję już nieżywą osobę. Jej skóra była literalnie biała, usta przybrały szary kolor, oczy miała otwarte. Nie pamiętam kto z nas masował, kiedy lekarz ponownie zapytał o czas. 45 minut. Żadnych zmian. Podszedł do pacjentki, sprawdził źrenice: sztywne, niereagujące. Spojrzał na monitor. Ktoś przestał na chwilę masować - znowu pojawiła się płaska linia. Wiedzieliśmy. Właściwie nikt nie wypowiedział tych słów: "czas zgonu". Padło po prostu: czternasta czterdzieści. P. w celach dokumentacji wydrukował zapis EKG. Lekarz wrócił do papierów, jakaś pielęgniarka zamknęła pacjentce oczy, inna zajęła się rurką intubacyjną.

Odsunęłyśmy się z O. od stołu i spojrzałyśmy na siebie ze spokojem. Zdjęłyśmy rękawiczki i zajęłyśmy się myciem rąk. Nie wiedziałam co myśleć. Sądziłam, że kiedy umrze pacjent, którego własnoręcznie masowałam, to będę czuć rozpacz i wielki żal do świata. Ale nie czułam. To przyszło naturalnie. Krok za krokiem, minuta po minucie, stawało się oczywiste, że ta kobieta już z tego nie wyjdzie. Wszystko na to wskazywało. Pamietam, Pilch, w którejś ze swoich książek (chyba "Marsz Polonia") pisał, że kiedy mówi się o umarłym, często podkreśla się czynność, którą robił tuż przed śmiercią: "dopiero co wyszła do przychodni, szła tylko po leki; jeszcze wczoraj żyła, rozmawiałem z nią przez telefon." Podkreślanie tej czynności nadaje śmierci nieco dramatyzmu, ale prawda jest taka, że każdy z ludzi dzień przed śmiercią żyje. I wykonuje normalne czynności: wychodzi po mleko, ogląda film, czyta książkę, rozmawia. Nie znałam tej kobiety, nie zamieniłam z nia słowa, nie wiem, co czytała ani co robiła przed wyjściem do przychodni, ale próbowałam walczyć o jej życie. Nie udało się. I patrząc ostatni raz na jej twarz pomyslałam, że pewnie długo ją będę pamiętać - pierwszą, którą przyjęłam ze spokojem.

[03.08.10] Mów do mnie jeszcze (3)


Co chcecie robić?

No więc nareszcie - praktyki! W tym roku uczelnia zgotowała nam mnóstwo biurokracji, której przejście wymagało anielskiej cierpliwości i nie lada wysiłku, a i tak spełzło na niczym przez... znajomości. Tak drodzy państwo, tutaj kończy się moc naszych pięknych oczu a zaczyna liczyć nazwisko, a że ani ja ani koleżanka O. (z którą robię praktyki) odpowiedniego nazwiska nie posiadamy, to zostałyśmy bezczelnie wyrolowane z naszych wychodzonych, wyproszonych i długo wyczekiwanych praktyk na SORze w Gdańsku, które już przecież miałyśmy załatwione. Życie. Jak to powiedziała dr D.: "przyzwyczajajcie się dziewczyny, bo tak to w tym zawodzie wygląda, jak nie macie nazwiska, to nastawcie się na ciężką robotę". No to się nastawiamy. Teraz raz wpuszczone na SOR nie dajemy się łatwo wykurzyć i bierzemy co możemy - pełnymi garściami. Bo w końcu jesteśmy na praktykach... w Gdyni.

Dialog na przywitanie:

- To wy jesteście studentkami na praktyki?
- To my.
- I co, chcecie się uczyć czy iść do domu?
- No, uczyć.
- Bo ja właśnie kończę dyżur, ale jutro będę od 15, więc jak chcecie to przyjdźcie, a jak nie, to możecie się nie pojawiać.
- Ekhm, ok... ale przyjdziemy.

I tak codziennie wygląda praktyka. Wchodzimy do sali przyjęć, podchodzimy do dyżurującego lekarza z błagalnym i przymilnym głosikiem pytając: "dzień dobry, jesteśmy studentkami i mamy tu praktyki, czy możemy z panem zostać?". Nie odmawiają, ale na twarzy widać, że walczą z jakimś bólem egzystencjalnym. Dr G. na dzień dobry powiedział: "o, to miło, chcecie się uczyć to nauczycie się topografii szpitala, tu macie skierowanie, zanieście je ładnie na RTG". W milczeniu odwracamy się na pięcie i cierpliwie spełniamy jego polecenie nie chcąc zacząć kiepsko znajomości. W tej konkretnej chwili postanawiam, że facet mnie czegoś nauczy - chce czy nie. Łażę za nim krok w krok. Chciał żebym zaniosła skierowanie do RTG? To teraz posłucham co o tym RTG mówi. Wchodzi do pokoju zamykając drzwi żeby się skonsultować z dr D.? To ja wchodzę za nim zadając retoryczne pytanie: czy my też możemy posłuchać? Tak łatwo się nie uwolni. Przez następne trzy godziny jakby pod ziemię się zapadł. Aż tak się przestraszył studentek? Nieważne, niech się pan doktor ukrywa i tak nie ma nic neurologicznego na oddziale. Ściślej mówiąc przez te trzy bite godziny prawie w ogóle nic nie było na oddziale. Byłyśmy zrezygnowane - olewane, wykorzystywane przez pielęgniarki do odbierania wyników lub zanoszenia badań i znudzone brakiem możliwości nauki. Byłam wściekła, ale czekałam.

Minęły już 4 godziny kiedy zadzwonił telefon. Dwie czerwone linie. Czerwona linia to sala, na którą trafiają najcięższe przypadki. Jest tam defibrylator, monitor EKG, sprzęt do intubacji i szafa pełna leków idących w pierwszym rzucie w stanach zagrażających życiu i wiele innych. Tak więc dwie czerwone linie - obrzęk płuc i motocyklista. Czułam się jak w filmach. W ciągu minuty wszyscy z rękawiczkami na rękach staliśmy oczekując pacjentów. Lekarze, ratownicy, pielęgniarki i my. Pierwszy przyjechał pan z obrzękiem płuc. Spocony, siny, tachykardia 140, arytmia, oddech płytki, duszności i niskie ciśnienie. Praca na SORze jest jak dobrze naoliwiona maszyna. Działa jeśli wszystkie części są na właściwym miejscu. Tutaj każdy wie co ma robić. Nie zdążyłam ogarnąć wszystkiego wzrokiem, a pacjent już był podłączony do monitora, w kroplówce leciała mu sól fizjologiczna a oddech ułatwiała maseczka z tlenem. W międzyczasie na drugą salę wjechał motocyklista. Chłopak pewnie w moim wieku. Stan stabilny. Podejrzenie złamania przedramienia, oddech lekko przyspieszony, ciśnienie w normie, w kroplówce lecą elektrolity. Miał podarte spodnie, liczne obtarcia na nogach i trochę na rękach, ale był przytomny, kontaktował i odpowiadał logicznie na pytania chociaż nie pamiętał całego zdarzenia. Wróciłyśmy więc do pacjenta z obrzękiem płuc, bo w tej sali robiło sie głośniej. Dr D. wyjaśniła nam dlaczego wezwano kardiologa do konsultacji. Tachykardia w połączeniu z niskim ciśnieniem uniemożliwiała tradycyjny sposób leczenia. Żeby pozbyć się arytmii, która mogła pośrednio przyczyniać się do przyspieszenia rytmu serca, kardiolog zdecydowała się na kardiowersję, czyli użycie defibrylatora. Podczas gdy ona tłumaczyła nam co będzie robić, wezwany anestezjolog już zajmował się usypianiem i intubowaniem pacjenta. I rzeczywiście, ta część wyglądała zupełnie jak na filmach - my odsuwamy się od łóżka, łyżki ładują się do 200 J, pada strzał, a pacjent po porażeniu prądem podskakuje w silnym skurczu wszystkich mięśni. Nie zadziałało. Jeszcze jedna próba. Strzał. Teraz trochę lepiej. Ten pacjent już nie należy do SORu. Po jako takim ustabilizowaniu pojechał na górę, na kardiologię.

Korzystając z wolnej chwili wypytujemy dr D. o wszystkie niezrozumiałe dla nas szczegóły. W tym czasie motocyklista jest już zupełnie stabilny. Ortopeda zdążył nałożyć mu gips i czekał na konsultację neurologa. Neurologiem okazał się być nasz zaginiony dr G. który patrząc w naszym kierunku z końca korytarza kiwnął na nas palcem. Powolnym krokiem ruszyłyśmy do jego gabinetu raczej niepewnie oczekując co znowu wymyślił. Tymczasem nie wiedzieć czemu, dr G. zupełnie niespodziewanie postanowił nas czegoś nauczyć. Z triumfalnym i spokojnym spojrzeniem słuchałyśmy jak tłumaczył nam po kolei badanie neurologiczne. Widać tak trzeba naciskać, a w końcu dostanie się to czego się szuka.

[30.06.10] Mów do mnie jeszcze (2)


Wątpliwości

Tak więc sesja. W ciągu tych wszystkich długich miesięcy moich studiów nie ma lepszego momentu, żeby poczuć się takim malutkim. Dni i noce spędzone nad nazwami związków, wzorami, reakcjami, wieloskładnikowymi schematami cykli enzymatycznych i skutkami ich zaburzeń wprawiają mnie w podły nastrój. Nie umiem powiedzieć, która to już kawa i dlaczego i tak nie pomaga. Nieustannie przytłacza mnie świadomość, że tego po prostu nie da się nauczyć, że wszystko zależy od odpowiedniego doboru pytań, od czystego szczęścia, od tajemnej intuicji.

Pamiętam, na pierwszym wykładzie z anatomii prof. N. powitał nas słowami: "wy jesteście elitą młodzieży". Wtedy, choć prof. N. uwielbiałam, poczułam wielki niesmak i wielkie zwątpienie. Ja elitą? Jaką elitą? Czy pan mówi do mnie? To że tu siedzę, że się boję, że jeszcze nic nie wiem i długo wiedzieć nie będę, to mnie czyni kimkowiek? Odpuśćcie sobie, długo jeszcze was nie dogonię. Teraz tu będąc wiem to już doskonale, że jestem taka tyci i mam ogrom słabości. Właśnie w tej chwili, pijąc kolejną kawę myślę o tym, czy na pewno podołam.

[27.05.10] Mów do mnie jeszcze (0)


2 szklanki mąki

Trzymałam dzisiaj w rękach sztuczne zastawki i zastawki pobierane od świń i sztuczne serce wprowadzone do polskiego lecznicwa przez Religę i czuję się fajna. O miejsce na fakultecie z kardiochirurgii rok w rok walczy większość pierwszo i drugoroczniaków, bo studentów jest 600 a miejsc 12. Naprawdę miałam fuksa. I jak ja się cieszę!

Wiedzieliście, że sztuczne serce tak naprawdę nie jest wszczepiane na miejsce prawdziwego serca, ale leży sobie na powierzchni brzucha? Jest przezroczyste – tak żeby krew przez nie pompowana była cały czas widoczna i żeby w razie pojawienia się skrzeplin móc je szybko wymienić. Szybko – to znaczy zacisnąć kaniule (przewody) żylne i tętnicze i podmienić nowe. Ot, parę sekund - błachostka. A tak wygląda: [link]

Sztuczne serce jest tylko tymczasowym rozwiązaniem, podobno producent daje gwarancję na 3 miesiące działania, potem wymiana albo przeszczep, bo tak naprawdę o to tu chodzi – o podarowanie czasu potrzebnego na oczekiwanie na przeszczep. W bibliotece przy bloku operacyjnym kardiochirurgii jest taki różowy plakat, a na nim napis „200 dni” i zdjęcie pacjenta trzymającego tort urodzinowy z zapalonymi świeczkami – to rekord długości życia ze sztucznym sercem w woj. pomorskim. Potem pacjent ten otrzymał przeszczep, a wraz z nim przedłużone życie. Ale właściwie dlaczego tylko 200 dni, zapytacie? Przeciętny rytm bicia serca to 70 uderzeń na minutę, w ciągu których przez mięsień ważący tyle co dwie szklanki mąki przepompowywane jest 5 litrów krwi. Odkurzacza używacie raz na tydzień przez 0,5h, a gwarancja na jego działanie obejmuje tylko dwa lata. Spróbujcie włączyć odkurzacz na 8760 godzin nieustannej pracy przez cały rok i zapytajcie producenta czemu nie da wam gwarancji na 20 lat. Jest jeszcze jedna opcja. W USA wyprodukowano sztuczne serce, z którym jakiś szczęśliwiec żyje już 5 lat. Badania ciągle trwają, ale nasz NFZ długo nie będzie zainteresowany. Wymiana prawej i lewej komory kosztuje około 200 euro.

Kardiochirurdzy sami o sobie mówią: „darujemy życie, ale poza tym zamieniamy jedną chorobę na drugą”. Nieprawidłowości w pracy zastawek zamieniają na hemofilię, a za nowe serce zabierają odporność na infekcje. W istocie większość pacjentów po przeszczepach serca umiera nie „na serce”, ale (upraszczając) na grypę. Czemu? Bo wszczepiamy im czyjeś serce, z innego organizmu, z innym układem antygenów, złożone z obcych komórek, z którym nasz organizm będzie walczył i odrzuci je, jeśli nie obniżymy naszej odporności na zawsze. A to powoduje, że byle wirus może nas zabić. Z kolei pacjenci z nowymi zastawkami nagle mają w sercu ciało obce, które nigdy nie będzie tak idealnie gładkie jak ludzkie tkanki. Mikro-rowki i chropowate powierzchnie powodują że krew na nich osiada i krzepnie, a co się stanie kiedy w sercu pojawi się skrzep? Przy mocniejszym kaszlnięciu lub szybszym biegu skrzep ten może się oderwać i powędrować do mózgu powodując udar i trwały paraliż. Musimy więc dać im leki które obniżając krzepliwość krwi spowodują, że problemem staje się krwawienie przy wyrwaniu zęba albo krwotok z nosa trudne do zatamowania, a przez to niebezpieczne dla życia. Na oddziale kardiochirurgicznym widzimy więc cuda, ale potem szare życie.

Mogłabym tak godzinami. O tym, że tak naprawdę bardzo rzadko stosuje się popularną w serialach adrenalinę; że kora mózgowa umiera po 4 minutach od niedokrwienia, a tętnice wieńcowe unaczyniające serce można zamknąć na 0,5-1h i nie spowodować żadnych szkód; że młody człowiek nie ma szans na przeżycie zawału, a starszy tak; o tym że można CAŁKOWICIE zablokować przepływ krwi przez mózg nawet przez godzinę jeśli się go schłodzi do temperatury 18 stopni i nie spowodować żadnych problemów z pamięcią, czuciem dotyku, ruchem, psychiką (a zwykle trwałe zmiany występują po 4 minutach!); o tym że lepiej przeciąć człowieka pośrodkowo przez mostek niż między żebrami nie uszkadzjąc żadnych kości; o tym jak wygląda szew kapciuchowy i jak szybko wiązać supełki. Mogłabym, ale po co, to trzeba zobaczyć. A ja najpewniej zobaczę. Już na dniach. Wpuszczą nas na salę operacyjną. I zobaczę żywe, bijące ludzkie serce, a potem jego zatrzymanie i na koniec wznowienie jego pracy. I to będzie piękny dzień.

[08.04.10] Mów do mnie jeszcze (2)


Diureza

No dobra, przyznaję - rzeczywiście chwilę nie pisałam, ale pierwszy semestr mnie przygniótł ilością zajęć i brakiem wolnego czasu. Ćwiczenia z biochemii nie są warte opisu, podobnie jak liczenie krwinek pod mikroskopem na fizjologii albo badanie objętości płuc. Po drodze organizowałam ten fantastyczny wykład o AH1N1 (na który przyszło mnóstwo ludzi w piątek wieczorem!), na SOR nie miałam czasu chodzić i tak się jakoś rozpłynęła idea blogowa, ale wróci, wróci. Już dzisiaj :)
Nerka nie wiedzieć czemu jest dla mnie w jakis sposób fascynująca, dlatego nie darowałabym sobie, gdybym nie opisała ćwiczeń z fizjo na których los dał nam szansę poznać siebie i dwie grupy z którymi mam zajęcia przez perspektywę... moczu. No w końcu znamy się nie od dziś :) Już na poprzednich ćwiczeniach wyznaczono trzy osoby na „próbę zagęszczenia” (moczu). „Proszę was żebyście nie pili żadnych napojów od 18:00 w czwartek aż do naszych porannych zajęć w piątek. Tu macie dwa pojemniczki na mocz – jeden wypełnicie w domu z pierwszą poranną potrzebą, a drugi na zajęciach” – powiedziała asystentka i wyznaczyła do tego zadania między innymi naszą O., która westchnęła ciężko, ale zapewniła że weźmie to na klatę. Sz. podjarał się kiedy asystentka dodała, że PRAWDZIWA „próba zagęszczenia”, to wtedy kiedy nie pije się 24h a nie 12, „ale tego nie możemy od państwa wymagać, bo musielibyście nie pić też na zajęciach cały poprzedni dzień”. Na co Sz. zareagował z ekscytacją: „co?! ja nie wytrzymam 24h? ja?!” Po czym zabrał to zadanie którejś z wyznaczonych osób i zagotował się do walki.
W piątek stawiliśmy się na zajęcia. Sz. i O. postawili na ławkach swoje pojemniki z moczem. No rzeczywiście głęboka żółć, nie da się zaprzeczyć. Sz. z wytęsknieniem spoglądał na butelki wody postawione na biurku asystentki. Ale nie mógł pić dopóki nie wysikał jeszcze jednego słoiczka na zajęciach, a tu nici, sikać się nie chce. Nie mogłam się z niego zbyt intensywnie nabijać, bo za chwilę miałam dowiedzieć się co mi się dostanie na zajęciach, a to mogło być o wiele gorsze niż niepicie. Cel był taki: sprawdzamy jak będą wyglądać nasze siuśki (ile ich będzie i jaki będą miały ciężar włąściwy) pod wpływem różnych substancji/leków. Asystentka właśnie wypełniała karteczki na losy, spojrzałam na listę potencjalnych zadań:

- wypicie litra wody destylowanej,
- wypicie litra soli fizjologicznej 0,9%,
- wypicie 100 ml soli fizjologicznej 5% (słone jak diabli),
- wypalenie dwóch papierosów,
- wypicie 30 ml spirytusu zmiesznego z 70 ml wody,
- furosemid (lek moczopędny) i nic do picia
- furosemid + litr wody do wypicia

Jeszcze rano w trawaju na uczelnię mówiłam do P.: „Zobaczysz, zobaczysz, dostanę furosemid, nie ma bata, wszyscy wiedzą że i tak sikam jak najęta, to szczęście musi mnie spotkać”. No i wywołałam wilka z lasu. Furosemid + litr wody. Śliczna różowa karteczka, którą wylosowałam spośród trzydziestu paru wyłączyła mnie z normalnego życia na kilka następnych godzin :) Kiedy więc losy zostały już rozdzielone dostaliśmy polecenie zmierzyć objętość i ciężar właściwy swojego siku w godzinie zero, czyli zanim weźmiemy co wziąć musimy. I tak wszyscy gęsiego powędrowali ze słoiczkami do toalety a potem przelewali swoje siuśki do cylindrów i mierzyli, mierzyli, mierzyli. Ci co skończyli zabrali się za swoje zadania. Wlewając w siebie kolejny kubek wody, obserwowałam ławkę przede mną, w której K. krzywiąc się niemożebnie nalewała sobie z woreczka z kroplówką kolejną szklankę soli fizjologicznej po czym wypijała ją przerywając na głębokie oddechy i powstrzymując się od wymiotów. Pomyślałam: „no, ostatecznie nie mam tak źle”. Za mną dziewczyny piły drinka ze spirytusem, wodą i sokiem malinowym, a przy oknie niepaląca para jarała właśnie swoje pierwsze w życiu papierosy a cały dym zamiast wylatywać na dwór, wypełniał naszą salę. Na stoliku przy ścianie inni przelwali już mocz który zdążyli wyprodukować, i tak klepiąc się wzajemnie po ramieniu dopingowaliśmy się do picia. Teraz co pół godziny mamy przynosić do sali słoiczki. Mój pierwszy to tylko 60 ml. Zmierzyłam ciężar właściwy - 1,015 g/dm3 czyli tradycyjnie, w normie. Z zadowoleniem pomyślałam „hehehe, nie działa, wysikam wodę, i tyle”. Minęło 15 minut i przyszło mi na myśl że mogę się mylić. Przez następne 15 zrobiło się ciężko. Przyniosłam dwie zlewki – razem 290 ml, ciężar właściwy 1,000 g/dm3, czyli taki jak czystej wody. M. który też miał furosemid ledwo wysikał 30 ml i z zawiedzioną miną oznajmił, że w ogóle mu się nie chce. Ja, już siadając w ławce wiedziałam, że to będzie długie pół godziny. Obserwowałam Ł., który podzielając nasz los wylewał właśnie do zlewu jakieś 400 ml. Po 10 minutach szukałam ulgi w rozmowie z O., A. i Sz. którzy śmiejąc się proponowali mi jeszcze kubeczek wody, po 20 rozpięłam pasek od spodni, po 30 wzięłam dużą zlewkę i szybkim krokiem szłam zgięta w pół w kierunku wszechogarniającej ulgi. Na korytarzu spotkałam S. który te ćwiczenia miał już parę dni wcześniej i zerkając na rozmiar mojej zlewki rzucił: „no wyglądasz jakbyś dostała coś fajnego, co masz?”, „furosemiiiid!” – krzyknęłam w biegu, a wtedy z korytarza dobiegł mnie głos asystenta M. „no, no, gratuluję!” i S. który wydał z siebie tylko głośne: „hehehe”. Wróciłam z 390 ml, ciężar ten sam, następna podróz to 360 ml, ciężar trochę wyższy. Następna to zapewne podobna ilość której nie mierzyłam, bo w sali zaczęto omawiać już wyniki z tablicy. Podobno nawet zostałam pochwalona za ładną diurezę, niestety nie słyszałam tego komplementu, byłam wtedy gdzie indziej... Po skończonych zajęciach musiałam zatrzymać się jeszcze raz przed wyjściem z uczelni, i w drodze na tramwaj w innym budynku uczelni i ledwo dotarłam do domu. Słowem można uznać, że eksperyment się udał, czyż nie? I tak się właśnie bawimy na fizjo :)

[28.02.10] Mów do mnie jeszcze (2)


Obalimy mity

Trzy tygodnie temu napisałam do doktora wykładającego na naszej uczelnii z prośbą żeby wygłosił wykład dotyczący świńskiej grypy. Dziwiło mnie czemu na wyższej uczelnii medycznej nie są organizowane żadne akcje dokształcające, w końcu w kółko ktoś nas pyta o to czym jest świńska grypa i jak jest groźna, a my nie umiemy nic odpowiedzieć. Studiujemy to co studiujemy, a wiedzy czerpać tak naprawdę nie ma skąd, bo zbyt dynamiczna żeby było coś o tym w bibliotekach, a media nie są absolutnie wiarygodne. Z kolei wydaje mi się, że kto jak kto, ale my powinniśmy orientować się w tym o czym głośno, umieć wyrobić sobie zdanie oparte na mocnych fundamentach, a nie na przypadkowych informacjach. No i doktor odpisał mi: "Czekam na propozycje terminów wykładu."mNo i tak się zaczęło. Wykład nosi tytuł "Fakty i mity na temat wirusa A/H1N1" i będzie prowadzony przed dwóch panów: dr hab, med. Piotra Trzonkowskiego - kierownika Zakładu Immunologii Klinicznej i dr hab. med. Tomasza Smiatacza - kierownika Kliniki Chorób Zakaźnych (czyli ten do któego pisałam). Ten ostatni kieruje kliniką w której pojawiły się pierwsze śmiertelne przypadki zakażenia A/H1N1 w Polsce. Z praktycznego punktu widzenia on wie naprawdę dużo. To on widział pajentów od momentu przyjęcia do szpitala, poprzez cały przebieg choroby, jej rozwój, reakcję na leczenie aż w końcu zgon z powodu zbyt poważnych powikłań - głównie śródmiąższowego zapalenia płuc. I to on właśnie obiecał, że postara się omówić jakiś przypadek kliniczny, że postara się w wykładzie zaproponowac jak najwięcej informacji praktycznych z punktu widzenia lekarza. Tak czy siak piszę o tym dopiero teraz mimo że siedzę w tym od 3 tygodni, bo roboty było dużo, a ciągle jakieś niepewności czy wyjdzie czy nie wyjdzie, czy dostanę zgodę od kanclerza czy nie dostanę, czy nam nie zajmą sali wykładowej, lub czy ktoś nie będzie szybszy, etc etc. Parę dni temu poszły maile do kilku tysięcy studentów wszystkich kierunków i lat z naszej uczelnii, a także do wszystkich jej pracownikow. Ogłoszenia rozwieszone były od poniedziałku. We wszystkim pomaga mi B., bo sama bym nie wydoliła. Nie macie pojęcia ile to roboty - taka organizacja. No ale już prawie po wszystkim, teraz tylko modlić się żeby prąd nie siadł albo rzutnik czy komputer podczas wykładu się nie popsuł i będzie dobrze. Po wykładzie przewidziany jest też czas na pytania i dyskusję, która zresztą zapowiada się ciekawie bo problem gorący, zdań na ten temat chyba tyle ile lekarzy i już zapowiedziała się nam dr z Katedry i Zakładu Fizjopatologii, że na pewno zabierze zdanie w dyskusji, bo ma coś dodania. Na co ja i B. możemy powiedzieć tylko "mrau" i liczyć na to, że będzie ostro i dynamicznie. Zapraszam więc wszystkich. Piątek, 04.12.09, sala Rydygiera w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym (budynek nr 3, ul. Dębinki 7, Gdańsk). A poza tym trzymajcie kciuki, że ktokolwiek wpadnie.

PS. Na dowód, że nie ściemniam - link do strony głównej GUM na której info o naszym wykładzie :) TUTAJ

[03.12.09] Mów do mnie jeszcze (2)