linki:

Ami's LJ
BBC Good Food
Blog bebowy
Blog narzeczonej programisty
Carpie diem do cholery
Kulinaria A. i P.
Maja nadaje
Osobowe
Pradera
Skamander
Wirnik

past:

2010

2009

2008

12
11
10
9



prodakszyn: bymartina
4pnd!
[pic dev-art]

Uzależniona

Pani która miała robioną sondę do żołądka, dziewczynka którą badano neurologicznie, złamane III, IV i V kości śródręcza, przecięcie ropnia u pani w zaawansowanej ciąży, założenie cewnika, objaw Mackiewicza, rana głowy po ugryzieniu, migotanie przedsionków, to i jeszcze trochę więcej można zobaczyć przez 5h na SORze. SOR uzależnia, na SORze czas płynie 10 razy szybciej, na SORze mogłabym zamieszkać. Dzisiaj jestem patetycznie szczęśliwym człowiekiem, bo to właśnie jest dla mnie tym co nazywa się spełnianiem marzeń - jestem tu gdzie powinnam.

Zaraz po pierwszych dziesięciu minutach na oddziale doktor powiedział, że u góry szykuje się amputacja nogi i czy chcemy. Ja i C. spojrzeliśmy po sobie z wyrazem zdziwienia na twarzy:
"No jasne!"
Przeszliśmy na salę obserwacyjną, gdzie na szerokim łóżku pokrytym zielonym materiałem leżał 89-letni mężczyzna z migotaniem przedsionków, którego tętno zmieniało się tak, że obraz przedstawiony na monitorze EKG zdawał się być "zepsuty". Doktor K. wyjaśnił nam stan pacjenta mówiąc że miażdżyca wywołała skrzepliny, których usunięcie jest niemożliwe i ze względu na martwicę mięśni noga musi być amputowana. W sali znajdował się jego syn, który miał podjąć decyzję za ojca, ponieważ pan nie miał już zachowanej świadomości tego co się z nim dzieje. Wcześniej trzech chirurgów potwierdziło jego stan i sprawa była już pewna - będzie amputacja, chociaż ze względu na stan serca pcjenta, nie wiadomo czy uda mu się przeżyć. W tym czasie doktor K. zabrał nas na chirurgię dziecięcą gdzie pojawiła się dziewczynka z wymiotami po silnym uderzeniu w głowę. Po zbadaniu wróciliśmy na salę, ale starszego pana już nie było - ktoś krzyknął że pojechał już na blok. Spanikowani, że przepuścimy pierwszą okazję pobytu na sali operacyjnej pobiegliśmy w kierunku bloku, ale wejście było na kod, a w pobliżu nikogo znajomego. Powiedziałam C. żeby biegł do dotora z "dwójki" i zapytał co mamy robić, po 5 minutach C. zmachany padł na ławkę przy wejściu i wysapnął "dzwoń po kolei domofonem, tylko nie na salę!" Więc dzwoniłam: "korytarz", "magazyn", "blok" aż odezwał się ktoś kto usłyszawszy, że my studenci i że bardzo chcemy, otworzył nam drzwi. Założyliśmy obuwie ochronne i pognaliśmy poszukiwać kogokolwiek kto cokolwiek wiedział o panu z nogą do amputacji. Spotkalismy jakiegoś chirurga:
"A, nieeeeee, to już skończone!"
"Co?!"
"No już po wszystkim"
"Naprawdęę...?"
"No wziąłem sikierkę iiii raaaz!"
"Ta jasne"
"No serio!"
"Oj niech nam pan powie, my byśmy bardzo chcieli zobaczyć."
"No dopsz, tu sie możecie przebrać."
"Ale jak? W co?"
"Na półkach leżą spodnie, bluzki, czepek, maseczki - tu przebieralnia damska, tam męska, śmigajcie"
Przebrani w magiczne zielone spodnie, z czepkami chirurgicznymi na głowie zaczepiliśmy panią pielęgniarkę, która wskazała nam salę na której była amputacja. W pośpiechu zawiązując jeszcze maseczkę weszliśmy na salę operacyjną na co chirurg:
"No nareszcie, myśleliśmy że się państwo zgubili!"
"Ach nieee, my byliśmy zobaczyć dziwczynkę na chirurgii dziecięcej"
"Dopsz, jak państwo widzą rozcieliśmy już skórę i część mięśni. Krwawienie jest bardzo małe ze względu na zator w tętnicy. Dajemy pacjentowi duże szanse przeżycia"
Na sali unosił się charakterystyczny zapach palonych tkanek. Bo tak właśnie wygląda amputacja - nie skalpelem tylko cienkim narzędziem które tnie tkanki pod wpływem gorąca. Warstwa za warstwą mięśnie były coraz głębiej rozcinane - dookoła kości udowej i na niej, podwiązano tętnice i żyły.
"Do nerwu kulszowego wstrzykniemy lidokainę, a teraz przetniemy kość udową"
Pielęgniarka instrumentalna podała chirurgowi piłkę która wyglądała dokładnie tak jak piłka do drewna mojego taty. Chirurg specjalnym talerzem odsunął warstwę mięśni od kości i zaczął ciąć - przepiłowanie kości udowej u starszego człowieka zajmuje zaledwie chwilę i wydaje się nie wymagać większej siły. Teraz noga była całkowicie odseparowana od reszty ciała. Pielęgniarka podeszła do stołu z wielkim plastikowym worem do któego po chwili wrzuciła nogę i wyniosła ją poza salę operacyjną. Z nogi pozostał już tylko kikut którego czerwień tkanek była dla mnie zadziwiającą odmianą po kolorze mięśni jaki obserwuje się na zwłokach. Pozostało wycięcie fragmentu szpiku, zakrycie otworu w trzonie kości specjalnym woskiem w celu uniknięcia infekcji, zszycie mięśni i zszycie skóry w sposób który umożliwi późniejsze założenie protezy. Nasza pierwsza operacja "na żywo" dobiegła końca, a ja nie mogłam uwierzyć że tam byłam.

Jestem wdzięczna. Ratownicy, chirurdzy i ortopedzi nic nie muszą - to szpital wojewódzki - ale mimo wszystko opowiadają mi i C. o tym co do tej pory wydawało mi się wiedzą tajemną, a nagle wraz z całą ludzką fizjologią znalazło się w zasięgu ręki. Wchodzimy do sali pooperacyjnej i ludzkie ciało jest tak nagie i obdarte ze wstydu jak tylko można sobie wyobrazić - jednocześnie obce i bliskie, ufające w tą biel uprasowanego kitla. Kitel ma moc niesamowitą - tak jakby pacjent nie mógł lub może nie chciał uwierzyć, że może być w niego ubrany ktoś zwykły - nie lekarz, nie pielęgniarka, ale student - taki jak ja. Kitel = lekarz. Tym bardziej cielesność mnie uderzyła - kim ja jestem żeby tak mi ufali? Pan który odkryty leży zupełnie nagi, pacjent który z otwartym brzuchem przesłonionym tylko przezroczystym plastrem pokazuje mi ranę, kobieta, w której moczu pojawiła się krew - ufają. A ja zasłużę na ich zaufanie.

Zrobię wszystko.

[02.12.08] Mów do mnie jeszcze (2)


O tym co zaskakuje

Wstając rano o 6:50 nie spodziewałam się, że dzisiejszy dzień okaże się tak pozytywny. Poniedziałki zwykle nie sprzyjają pozytywnemu nastawieniu - mimo wszystko - zwłaszcza jeśli tego dnia na tablicy w Instytucie Biologii Molekularnej pojawić się mają wyniki z kolokwium z anatomii (które zawaliliście), zwłaszcza jeśli czeka was sprawdzian z łaciny (który zawalicie) i jeśli macie zajęcia od 8:00 do 16:00 (w tym embriologię) a już za 5 dni ferie świąteczne.

Te studia jednak nie przestaną mnie zaskakiwać. Embriologia z elementem praktycznym, którym było oglądanie płodów zdrowych czy też zdeformowanych
z nieznanej przyczyny nagle mnie zainteresowała - zwłaszcza, że wreszcie pojawiły się jakieś inormacje kliniczne np. ta że wystarczy za duża ilość wód płodowych u matki aby móc podejrzewać że płód ma deformację mózgu albo że wiek płodu można ocenić po paznokciach. Element praktyczny nie przeszkodził mi jednak prawie zasnąć w trakcie elementu teoretycznego, który - odbywając się w salach tak ciasnych, małych i ciemnych, że poczuć się można jak w bunkrach - nigdy nie przyciągał mojej uwagi. I ten niestabilny, chwiejący się równomiernie na boki rzutnik, który w ciemności salki o metrażu 3 na 3 mieszczącej 14 osób rzuca skąpe światło na ścianę przedstawiając poszczególne etapy rozwoju zarodka, brr.

Na anatomii dowiedzieliśmy się że nareszcie będziemy mieć zajęcia z asystentem C. (sic!), co nie powiem - ucieszyło chyba całą naszą grupę. Wpłynęło to na ogólne wrażenia z dzisiejszych ćwiczeń z anatomii które były absolutnie świetne, bo były - uwaga - kliniczne (!). Przez pierwszą godzinę uczyliśmy się o USG serca - niedomykalności zastawek, pogrubienia ścian międzykomorowych, zwężenia, osłabienia, nieprawidłowe przepływy krwi, słowem przeniesienie teorii na pratykę, o czym każdy student medycyny marzy do tego stopnia żeby być ochotnikiem kiedy to na nim ma być wykonywane badanie. Przez drugą godzinę uczyliśmy się osłuchiwać serce i opukiwać płuca. Stetoskop! Tak, tak, miałam w rękach stetoskop, słuchałam serca, słyszałam, słyszałam, słyszałam! Opukiwałam płuca kolegom z grupy i wiem! Wiem gdzie się kończą, co znaczy gdyby się tam nie kończyły i jak to brzmi, a brzmi, że ach. Poza tym udała się nam grupa - N. który ma wadę serca służył za prezentację kardiologiczną, a P. który nie ma kawałka płuca służył za wdzięczny obiekt do opukiwania. W głowie mi się nie mieści, że zwykłe popukanie w rękę udowodniło, że on naprawdę, naprawdę ma wycięty kawałek płuca. Moja rodzina będzie uradowana, poświęcę im wiele czasu na badanie serca i płuc, a oni będą pacjentami wdzięcznymi za to, że chcę ich badać - tak, Mamo?

Jak zwykle jednak hitem dnia był wykład z anatomii, który prowadzony był przez dr-a Dz. w atmosferze ogólnej radości ze względu na żarty anatomiczno-seksualne, które przecież musiały towarzyszyć zagadnieniu zstępowania jąder do moszny, a co. Mimo wszystko był to wykład dość trudny, niekoniecznie ze względu na materiał, ale raczej ze względu na jego ilość i westchnęłam ze zrezygnowaniem kiedy dr Dz. na kilka minut przed planowanym końcem wykładu wyłączył slajdy po czym przypomniał sobie "A! Chwila, jeszcze coś dla państwa!". Sądziłam, że pokaże nam za chwilę jakiś ekstra fajny schemat do zapamiętania warstw mięśni i powięzi na brzuchu, albo skrót do zapamiętania struktur w kanale udowym, ale nie. Och nie, nie. Dr Dz. zgasił światło, podszedł do komputera i włączył slajd. Naszym oczom ukazało się zdjęcie, na którym była stojąca w lesie choinka - cała pokryta śniegiem i wokół niej też śnieg i ta niesamowita zimowa atmosfera. Zdjęcie otaczały kolorowe bombki. I nagle w tej sali pełnej młodych studentów medycyny, którzy przez ostatnie miesiące siedzieli tu próbując zapamiętać najmniejsze anatomiczne szczegóły, w tej sali tak silnie związanej z nauką z głośników nieśmiale rozbrzmiała kolęda - "Cicha noc" - i bombki które przed chwilą otaczały zdjęcie zaczęły powoli jedna za drugą kierować się w stronę choinki przystrajając ją świątecznie. I byłam tak bezbronna wobec magii tej chwili, że nie mogłam powstrzymać łez - patrzyłam na ekran nie mogąc uwierzyć w to, co zrobił dla nas dr Dz. i naprawdę wtedy jak nigdy cieszyłam się, że właśnie Gdańsk wybrałam, że to moja uczelnia, że to mój wykładowca, że może być tak pięknie. Kiedy wszystkie bombki znalazły się już na choince i kiedy kolęda ucichła salę wypełnił huk braw którymi dziękowaliśmy doktorowi za ten niesamowity akcent, którym tak bardzo sprawił nam przyjemność. Dr Dz. złożył nam życzenia, abyśmy mimo tego, że za chwilę pojawią się wyniki kolokwium - nie przejmowali się nim, bo ono się tak naprawdę nie liczy - abyśmy teraz spędzili święta z najbliższymi i cieszyli się ich obecnością, bo te chwile spędzone z rodziną są naprawdę najważniejsze w życiu. To była najbardziej niespodziewana rzecz jaka przydarzyła mi się na tych studiach. I zamierzam, zamierzam właśnie tak spędzić Święta, i tylko na tym mi zależy.

PS. Kolokwium z anatomii zaliczyłam, a z łaciny dostałam 4.

[15.12.08] Mów do mnie jeszcze (2)