linki:

Ami's LJ
BBC Good Food
Blog bebowy
Blog narzeczonej programisty
Carpie diem do cholery
Kulinaria A. i P.
Maja nadaje
Osobowe
Pradera
Skamander
Wirnik

past:

2010

2009

12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2008




prodakszyn: bymartina
4pnd!
[pic dev-art]

Diureza

No dobra, przyznaję - rzeczywiście chwilę nie pisałam, ale pierwszy semestr mnie przygniótł ilością zajęć i brakiem wolnego czasu. Ćwiczenia z biochemii nie są warte opisu, podobnie jak liczenie krwinek pod mikroskopem na fizjologii albo badanie objętości płuc. Po drodze organizowałam ten fantastyczny wykład o AH1N1 (na który przyszło mnóstwo ludzi w piątek wieczorem!), na SOR nie miałam czasu chodzić i tak się jakoś rozpłynęła idea blogowa, ale wróci, wróci. Już dzisiaj :)
Nerka nie wiedzieć czemu jest dla mnie w jakis sposób fascynująca, dlatego nie darowałabym sobie, gdybym nie opisała ćwiczeń z fizjo na których los dał nam szansę poznać siebie i dwie grupy z którymi mam zajęcia przez perspektywę... moczu. No w końcu znamy się nie od dziś :) Już na poprzednich ćwiczeniach wyznaczono trzy osoby na „próbę zagęszczenia” (moczu). „Proszę was żebyście nie pili żadnych napojów od 18:00 w czwartek aż do naszych porannych zajęć w piątek. Tu macie dwa pojemniczki na mocz – jeden wypełnicie w domu z pierwszą poranną potrzebą, a drugi na zajęciach” – powiedziała asystentka i wyznaczyła do tego zadania między innymi naszą O., która westchnęła ciężko, ale zapewniła że weźmie to na klatę. Sz. podjarał się kiedy asystentka dodała, że PRAWDZIWA „próba zagęszczenia”, to wtedy kiedy nie pije się 24h a nie 12, „ale tego nie możemy od państwa wymagać, bo musielibyście nie pić też na zajęciach cały poprzedni dzień”. Na co Sz. zareagował z ekscytacją: „co?! ja nie wytrzymam 24h? ja?!” Po czym zabrał to zadanie którejś z wyznaczonych osób i zagotował się do walki.
W piątek stawiliśmy się na zajęcia. Sz. i O. postawili na ławkach swoje pojemniki z moczem. No rzeczywiście głęboka żółć, nie da się zaprzeczyć. Sz. z wytęsknieniem spoglądał na butelki wody postawione na biurku asystentki. Ale nie mógł pić dopóki nie wysikał jeszcze jednego słoiczka na zajęciach, a tu nici, sikać się nie chce. Nie mogłam się z niego zbyt intensywnie nabijać, bo za chwilę miałam dowiedzieć się co mi się dostanie na zajęciach, a to mogło być o wiele gorsze niż niepicie. Cel był taki: sprawdzamy jak będą wyglądać nasze siuśki (ile ich będzie i jaki będą miały ciężar włąściwy) pod wpływem różnych substancji/leków. Asystentka właśnie wypełniała karteczki na losy, spojrzałam na listę potencjalnych zadań:

- wypicie litra wody destylowanej,
- wypicie litra soli fizjologicznej 0,9%,
- wypicie 100 ml soli fizjologicznej 5% (słone jak diabli),
- wypalenie dwóch papierosów,
- wypicie 30 ml spirytusu zmiesznego z 70 ml wody,
- furosemid (lek moczopędny) i nic do picia
- furosemid + litr wody do wypicia

Jeszcze rano w trawaju na uczelnię mówiłam do P.: „Zobaczysz, zobaczysz, dostanę furosemid, nie ma bata, wszyscy wiedzą że i tak sikam jak najęta, to szczęście musi mnie spotkać”. No i wywołałam wilka z lasu. Furosemid + litr wody. Śliczna różowa karteczka, którą wylosowałam spośród trzydziestu paru wyłączyła mnie z normalnego życia na kilka następnych godzin :) Kiedy więc losy zostały już rozdzielone dostaliśmy polecenie zmierzyć objętość i ciężar właściwy swojego siku w godzinie zero, czyli zanim weźmiemy co wziąć musimy. I tak wszyscy gęsiego powędrowali ze słoiczkami do toalety a potem przelewali swoje siuśki do cylindrów i mierzyli, mierzyli, mierzyli. Ci co skończyli zabrali się za swoje zadania. Wlewając w siebie kolejny kubek wody, obserwowałam ławkę przede mną, w której K. krzywiąc się niemożebnie nalewała sobie z woreczka z kroplówką kolejną szklankę soli fizjologicznej po czym wypijała ją przerywając na głębokie oddechy i powstrzymując się od wymiotów. Pomyślałam: „no, ostatecznie nie mam tak źle”. Za mną dziewczyny piły drinka ze spirytusem, wodą i sokiem malinowym, a przy oknie niepaląca para jarała właśnie swoje pierwsze w życiu papierosy a cały dym zamiast wylatywać na dwór, wypełniał naszą salę. Na stoliku przy ścianie inni przelwali już mocz który zdążyli wyprodukować, i tak klepiąc się wzajemnie po ramieniu dopingowaliśmy się do picia. Teraz co pół godziny mamy przynosić do sali słoiczki. Mój pierwszy to tylko 60 ml. Zmierzyłam ciężar właściwy - 1,015 g/dm3 czyli tradycyjnie, w normie. Z zadowoleniem pomyślałam „hehehe, nie działa, wysikam wodę, i tyle”. Minęło 15 minut i przyszło mi na myśl że mogę się mylić. Przez następne 15 zrobiło się ciężko. Przyniosłam dwie zlewki – razem 290 ml, ciężar właściwy 1,000 g/dm3, czyli taki jak czystej wody. M. który też miał furosemid ledwo wysikał 30 ml i z zawiedzioną miną oznajmił, że w ogóle mu się nie chce. Ja, już siadając w ławce wiedziałam, że to będzie długie pół godziny. Obserwowałam Ł., który podzielając nasz los wylewał właśnie do zlewu jakieś 400 ml. Po 10 minutach szukałam ulgi w rozmowie z O., A. i Sz. którzy śmiejąc się proponowali mi jeszcze kubeczek wody, po 20 rozpięłam pasek od spodni, po 30 wzięłam dużą zlewkę i szybkim krokiem szłam zgięta w pół w kierunku wszechogarniającej ulgi. Na korytarzu spotkałam S. który te ćwiczenia miał już parę dni wcześniej i zerkając na rozmiar mojej zlewki rzucił: „no wyglądasz jakbyś dostała coś fajnego, co masz?”, „furosemiiiid!” – krzyknęłam w biegu, a wtedy z korytarza dobiegł mnie głos asystenta M. „no, no, gratuluję!” i S. który wydał z siebie tylko głośne: „hehehe”. Wróciłam z 390 ml, ciężar ten sam, następna podróz to 360 ml, ciężar trochę wyższy. Następna to zapewne podobna ilość której nie mierzyłam, bo w sali zaczęto omawiać już wyniki z tablicy. Podobno nawet zostałam pochwalona za ładną diurezę, niestety nie słyszałam tego komplementu, byłam wtedy gdzie indziej... Po skończonych zajęciach musiałam zatrzymać się jeszcze raz przed wyjściem z uczelni, i w drodze na tramwaj w innym budynku uczelni i ledwo dotarłam do domu. Słowem można uznać, że eksperyment się udał, czyż nie? I tak się właśnie bawimy na fizjo :)

[28.02.10] Mów do mnie jeszcze (2)